piątek, 2 października 2015

[7] And I've lost who I am, and I can't understand.

Frances POV


Siedziałam skulona na łóżku i kiwałam się w przód i w tył. Wszystko czego się dotknęłam niszczyłam. Nawet moja znajomość z James'em. Było źle. Dobrze wiedziałam, że zasługiwał na kogoś lepszego niż ja, ale w jakiś sposób chciałam na niego zasłużyć. Tylko nie umiałam. A myśl, że właśnie kilka dni temu wszystko się posypało, wcale nie polepszała tego wszystkiego. Poczułam jak moje policzki stają się powoli mokre. Zaraz, co? Przetarłam po nich dłonią i spojrzałam na palce. Ja nigdy nie płakałam. A przynajmniej od kilku lat. Tak bardzo bałam się go stracić. Czułam jakby przez to, że nie odzywał się do mnie od trzech dni, wyrwał mi cząstkę siebie. Nie mogłam. Nie poradzę sobie. To wszystko było bez sensu. Nie chciałam układać sobie wszystkiego od nowa. Nie bez niego.  Zacisnęłam swoje palce na włosach i pociągnęłam się za nie boleśnie. Nie chciałam nigdy nic czuć. Nie chciałam być do nikogo przywiązana. Od kogoś zależna. Nie chciałam, żeby mi zależało. A zaczęło. Zacisnęłam powieki, a kolejna dawka łez spłynęła na moje ubranie. Wiedziałaś, że Cię zostawi. Nie zasługujesz na niego. Jesteś zwykłą dziwką. Na chuj mu miłość kogoś takiego? 
- Chodź tutaj... - poczułam jak silne dłonie przenoszą mnie na kolana Wilde'a. Nawet nie zwróciłam uwagi, że wszedł do pokoju, nie rejestrowałam niczego. Dopiero czując ciepło od niego bijące, załkałam ponownie, zdając sobie sprawę, że nigdy nie będę wystarczająco dobra. - Shhh, królewno. Nie płacz. Serce mi się łamię jak patrzę na Ciebie. - Widzisz? Po prostu żal mu Ciebie. Bierzesz go na litość, sprytnie szmato. Zacisnęłam dłoń na jego koszulce trzymając się jej kurczowo. Nie chciałam żeby gdziekolwiek szedł, chciałam w niego wsiąknąć i zostać tam na zawsze. Czuć jego ciepło, słuchać jego ciepłych słów, potrzebowałam jego silnych ramion wokół mnie.
- Nie zostawiaj...mnie. - ledwo przeszło mi to wszystko przez gardło, jednak dłoń chłopaka, która pocierała moje ramię w jakiś magiczny sposób mnie uspokajała. Miał na mnie niesamowity wpływ. Nigdy nie byłam święta, ale przez niego czułam, że chce w życiu czegoś więcej. Chce być dla kogoś ważna. Dla niego.
- Frances...Ja powiem swoje, ale Cię nie zostawię. Kocham Cię. - powiedział i zaraz poczułam jego ciepłe wargi na czubku mojego czoła. Uwielbiałam, gdy mówił mi te dwa słowa. To jaki stał się opiekuńczy po tym, gdy pierwszy raz wyznał mi miłość. Pokazywał mi na każdym kroku, że jestem dla niego ważna. Że naprawdę mu na mnie zależy. Że chce czegoś więcej. Uniosłam na niego oczy i przełknęłam głośno ślinę. Był taki idealny. Mocno zarysowana linia szczęki, blond włosy, które były zawsze w nieładzie, niebieskie oczy, w których tańczyła iskierka szczęścia, gdy się uśmiechał.
- Ja Ciebie też. - szepnęłam, tak, że sama siebie ledwo usłyszałam. Ale nie James. On słyszał mnie bardzo wyraźnie, bo jego tęczówki wpatrywały się we mnie intensywnie. Byłam przerażona tym wszystkim, ale wiedziałam, że to co powiedziałam było prawdą. Kochałam go. Nawet jeśli broniłam się przed tym nogami i rękoma, to nie dałam rady z tym uczuciem.
- Wiem. - uśmiechnął się szeroko cmokając mnie w czubek nosa, a ja...zgłupiałam. Popatrzyłam na niego jak na idiotę i uniosłam jedną brew. Dopiero chyba teraz ogarnęłam, że, gdy wylądowałam w jego ramionach jakimś dziwnym trafem przestałam płakać. - Wiedziałem już wcześniej. Tylko czekałem, aż sama sobie to uświadomisz...Widać to w Twoich pięknych oczach, wiesz? - uśmiechnęłam się lekko, za chwile czując jego wargi opadające na moje. Delikatnie je muskał, jakby bał się, że zaraz go odepchnę. Nic z tych rzeczy. Czułam w każdym jego ruchu uwielbienie, miłość, wszystkie piękne uczucia, którymi mi darzył. I które ja odwzajemniałam. Oparł swoje czoło o moje i przeniósł wzrok na moje oczy. - Powiesz mi to jeszcze raz?
- Nie bądź zachłanny Wilde. - zaśmiałam się krótko, a on tylko uśmiechnął się szeroko. Wiedział, że nie rzucałabym tych słów na wiatr. Nie byłam z takich. Jednak jeśli chodzi o uczucia, nigdy nie kłamałam. Żadnemu z moich poprzednich facetów nie powiedziałam, że ich kocham. Tylko jemu. - Kocham Cię. - szepnęłam nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- Ja Ciebie bardziej. - odpowiedział szeptem, a ja czułam jak przyjemne ciepło rozlewa się po moim ciele.


[...]


- Pójdziesz ze mną na tą wielką galę za dwa tygodnie? - leżałam na klatce piersiowej blondyna, próbując unormować oddech po wysiłku, jakim jest seks. Jednak teraz było inaczej. Nie było ostro. Nie było szybko. Każdym ruchem pokazywaliśmy sobie miłość. Na nowo badaliśmy swoje ciała i nie zależało nam tylko na zaspokojeniu swoich potrzeb.
- Chcesz, żeby Twoje fanki mnie zjadły żywcem? - zaśmiałam się "rysując" palcem na jego piersi  jakie zawinięte linie. Czułam jak jego serce szybko bije, jak jego klatka piersiowa coraz wolniej unosi się i opada.
- Nie zjedzą. Nie pozwolę na to. - zawtórował mi śmiechem i cmoknął moje czoło. Teraz wszystko wydawało się takie proste, a tak naprawdę byłam przerażona. Chciałam być z James'em, ale wiedziałam, że to będzie trudniejsze niż mogłoby się wydawać. Co innego było, gdy ukrywaliśmy swój "związek", a co innego, gdy on chciał pokazywać się ze mną publicznie. Nie wiem czy wytrzymałam to psychicznie. W końcu sama widziałam jak Jenny nieźle obrywała od dziewczyn w komentarzach.
- Ale się jednak boję. - westchnęłam, a blondyn zmarszczył brwi jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. Może i rzeczywiście o czymś myślał, nie wiem.
- Nie bój się Frances. Kocham Cię, a wszyscy inni po prostu powinni się z tym pogodzić. Nam też należy się trochę szczęścia. - Jestem szczęśliwa James, naprawdę nic więcej nie jest mi potrzeba. 





Adam POV



- Cześć kochanie. - szepnąłem siadając po raz kolejny w ciągu tego tygodnia na krześle obok łóżka Melanie. Ile to już minęło? Prawie miesiąc. I nic. Lekarz powiedział, że nic się nie zmienia, jednak jej mózg nadal żyje. Przynajmniej tyle, szkoda tylko, że nadal jest podłączona do tych wszystkich aparatur. Nawet nie mam jak jej pocałować, bo jest zaintubowana. - Nie wiem czy ty tak miałaś, ale Maddie jest dla mnie nieznośna. Nie dosyć, że nie umiem zmieniać pieluch, to jeszcze przebiera tak nogami, jakby chciała mi to tylko utrudnić. Złośliwy z niej skrzat. - zaśmiałem się głaszcząc ją po dłoni za chwilę składając na niej delikatne muśnięcie. - Pewnie ty masz w tym lepszą wprawę, ale ja też się nauczę. Ty mi pokażesz.
Takie rozmowy naprawdę mi pomagały. Mimo, że nie odpowiadała mi, to chciałem głęboko wierzyć, że mnie słyszy i w duchu śmieje się z moich ojcowskich niepowodzeń. Przynajmniej nie uciekałem od tego. A mogłem. Miałem wybór. W końcu nasza kariera została jak na razie zawieszona. Chłopaki nie mają do mnie żalu, natomiast menadżer - owszem. Gówno mnie to obchodziło i tak miał dalej płacone.
- Kocham Cię, wiesz? Tak cholernie mocno. - szepnąłem, czując jak palce Melanie ściskają ledwo wyczuwalnie moją dłoń. Nie zwróciłem na to szczególnej uwagi, bo przez to wszystko popadłem w jakąś paranoję. Wydawało mi się, że ruszyła nogą, zgięła nadgarstek czy też ścisnęła moją dłoń. Ale tym razem było inaczej...Jej oczy otworzyły się, a za chwile zaniosła się kaszlem. Chciałem się uszczypnąć, sprawdzić czy na pewno mi się to nie śni, jednak zostałem wyprowadzony z sali przez pielęgniarkę.



[...]


- Mel... - podszedłem na miękkich nogach do miejsca w którym zawsze siedziałem. Nie mogłem w to nadal uwierzyć. Ona wróciła. Naprawdę wróciła. Mam nadzieję, że zaraz się nie obudzę i to nie jest sen.
- Cześć. - szepnęła, a jej głos był nienaturalnie zachrypnięty. Ale po raz pierwszy od tak długiego czasu widziałem na jej ustach lekki uśmiech i zobaczyłem jej piękne oczy. Nic więcej do szczęścia nie potrzebowałem. - Też Cię kocham. - za każdym razem, gdy powiedziała słowo kaszlnęła, ale żadne z nas jakoś szczególnie na to nie zwróciło uwagi. Miałem ochotę płakać ze szczęścia i dziękować Bogu za to, że mi ją zwrócił.
- Nie rób mi więcej takich numerów. - mimo wszystko nie mogłem powstrzymać łez. Popłakałem się. Tak po prostu zacząłem ryczeć jak małe dziecko. Jakby po prostu wszystko ze mnie zeszło, a ja pękłem jak balonik i spuszczało się ze mnie powietrze. Popatrzyłem na nią, gdy bezgłośnie ruszyła ustami jakby chciała powiedzieć "chodź do mnie" i wyciągnęła ręce nadal leżąc. Przybliżyłem się kładąc głowę na jej boku. Płakałem, a ona po prostu mnie głaskała po głowie jak małe dziecko.
- Przepraszam. Przepraszam, że byłem takim dupkiem. - uniosłem lekko głowę, by widzieć ją odrobinę lepiej, a ona tylko uśmiechnęła się lekko. Moja Mel. Kochana jak zawsze.



Kilka dni później


Trzymałem Melanie w pasie pomagając jej dotrzeć do łóżka. Widziałem, że się męczy. Szczególnie na rehabilitacjach, które kosztowały ją sporo siły. Czasem miała łzy w oczach, czasem patrzyła na mnie błagalnie, ale wiedziała, że jeśli chce wrócić do zdrowia, to musi przez to przebrnąć. Posadziłem ją na łóżku pomagając jej położyć się wygodnie, a sam zająłem swoje stałe miejsce.
- Lepiej się dzisiaj czujesz? - uśmiechnąłem się lekko w jej stronę, a ona tylko westchnęła i pokiwała głową. Coś ją gnębiło. Widziałem to. - Co się dzieje?
Przeczesała swoje włosy palcami i spuściła ze mnie wzrok. Tym tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że coś jest nie tak. Przeniosłem się siadając na jej łóżko w międzyczasie ujmując jej dłoń, by musnąć ją ustami. Jej biedne pokute dłonie.
- Jak to teraz będzie Adam? - westchnęła ciężko i przez chwilę spojrzała na mnie by za chwilę z powrotem przenieść wzrok na swoje dłonie. Dla mnie to było oczywiste, ale...No właśnie, sam nie wiedziałem czy ona też tego chce.
- Chciałbym...Żeby było dobrze. Kocham Cię i jeśli...jeśli tylko mi wybaczysz chciałbym to naprawić. To jak się zachowywałem. Chcę mieć Ciebie i Maddie przy sobie...Jeśli tylko mi pozwolisz... - nie dokończyłem, bo poczułem usta brunetki na swoich wargach. W końcu. Po takim czasie nasze usta się złączyły i całowałem je. Czułem ich smak i ciepło, za którym tak tęskniłem. Nie chciałem tego kończyć. Chciałem zostać w tej pozycji na zawsze, wcisnąć pauzę i zatrzymać ten moment i odtwarzać go w nieskończoność.
- Dobrze wiesz, że to nie jest takie proste. Nie umiem o tym wszystkim zapomnieć... - szepnęła w moje usta nabierając głośno powietrza. Czułem jak się drżę, a moje serce bije boleśnie o klatkę piersiową. W końcu znalazłem swoje miejsce na ziemi. Jakby po prostu przez ostatnie kilka miesięcy zgubił drogę do domu, jednak ponownie do niego trafiłem. - Ale chce żebyś był przy Maddie. Ona Cię potrzebuje. - i w tym momencie moje serce rozbiło się ponownie na milion kawałeczków.



KTO SHIPUJE ZE MNĄ JAMESA I FRANCES? <3


Liczę naprawdę na wasze komentarze. Chciałabym znać waszą opinię, a naprawdę ciepłe słowo motywuje. Póki co staram się pisać nieco na wyrost, ale mam nadzieję, że jesteście z tego rozdziału zadowoleni. No i...do następnego!

czwartek, 1 października 2015

[6] Be careful cause someone else might be pretending

- Adam! Adam! Popatrz tutaj! Co z Jenny? Dlaczego jeździsz ciągle do szpitala? Czy Cobain pójdzie do więzienia? Jak się z tym czujesz? - przepychałem się przez tłum reporterów starając się trzymać nerwy na wodzy. Nie chciałem żeby cokolwiek wiedzieli o moim życiu. Nie chciałem żeby dowiedzieli się o Melanie i o tym wszystkim. Nie w taki sposób.
- Dajcie mi spokój. - mruknąłem tylko, a mój ochroniarz pomógł się przepchnąć przez tłum dochodząc w końcu do bramy domu, w którym mieszkałem wraz z chłopakami. Całą noc znowu spędziłem w szpitalu i dopiero teraz zebrałem się żeby wrócić do domu. Musiałem wszystko przemyśleć i ułożyć sobie to na spokojnie. Byłem przerażony. Przerażony tym, że stan Mel się nie poprawiał. Przerażony tym, że "nagle" zostałem ojcem. Szybkim ruchem otworzyłem drzwi stając w przedpokoju. Nie umiałem. Nie wiem czy to wszystko zniosę. Oparłem się o ścianę i zjechałem w dół chowając twarz w dłonie.
- Wszystko w porządku? - mruknął Jason, nasz ochroniarz, a ja tylko machnąłem lekceważąco ręką. Nie miałem zamiaru mu o niczym mówić. To znaczy...Wiedziałem, że na pewno by mnie wysłuchał i poradził, ale sam musiałem najpierw to wszystko przetrawić. Za dużo na mnie spadło jak na jeden raz.
- Adam? - uniosłem głowę, a zamiast Jasona przy moim boku znalazła się Frances. Frances...A może ona o wszystkim wiedziała? Może zgrywała głupią? W końcu dzwoniła do Melanie. Musiała mieć z nią kontakt. Musiała cokolwiek wiedzieć.
- Wiedziałaś? - wbiłem w nią wzrok na co ona odskoczyła zaskoczona. - Pytam czy wiedziałaś. O Melanie. O Maddie. O tym, że zostałem kilka miesięcy temu ojcem?! - nie musiała odpowiadać. Po jest skruszonej minie wszystko było widać. Wiedziała. I nic mi nie powiedziała. - Dlaczego...
- Nie mogłam. Starałam się Adam. Naprawdę. Ale Mel zabroniła mi cokolwiek mówić. Chciała Ci sama to powiedzieć... - zaśmiałem się gorzko. Moja najlepsza przyjaciółka wszystko wiedziała i ukrywała to przede mną. Tak po prostu. To jakaś paranoja. Czy byłem jedyną osobą, która o niczym nie wiedziała? Chyba to ja powinienem być najpierw informowany.
- James też wiedział? - mruknąłem czując się...pusty? Chyba tak. Kompletnie nie wiedziałem co się działo z moim życiem, jakbym był na jawie, a to wszystko w ogóle by mnie nie dotyczyło.
- Nie. - potrząsnęła głową i spuściła wzrok. - Naprawdę nie wiesz w jakim ona była stanie. Bałam się jej cokolwiek powiedzieć. Była kompletnie rozbita, a ja nie do końca wierzyłam, że to twoje dziecko.
Pokręciłem tylko głową parskając śmiechem. Taka dobra, mała Frances. Chroniła mnie. Przed czym? Przed Melanie? To chyba ona powinna być chroniona przede mną. Może gdybym kiedykolwiek dał jej wytłumaczyć teraz byłoby inaczej. Nie liczyłem na to, że dziewczyna by mi wybaczyła, ale przynajmniej na to, że o swojej córce dowiedziałby się normalnie, a nie przypadkowo, gdy przychodzę do jej rodzinnego domu.
- Wiesz jak się teraz czuję? Jak idiota. - przeniosłem na nią wzrok czując, że się rozpadam na kawałki. - Nie dosyć, że byłem przez wszystkich oszukiwany, to jeszcze nawet się nie mogę na nią wydrzeć, bo jest do cholery nieprzytomna!
- Adam...Spokojnie...
- Ja mam być spokojny?! Dziewczyno, czy ty się słyszysz?
- Co się dzieje? - w przedpokoju pojawił się James patrząc na nas pytająco. Jeszcze jego tu brakowało. Pewnie zaraz zacznie swoje mądrości na temat testów na ojcostwo. W końcu "nigdy nie wiadomo".
- Co się stało? Zostałem ojcem, wiesz? Już kilka miesięcy temu. A dowiedziałem się o tym dopiero wczoraj. - zaśmiałem się patrząc na zszokowaną minę Wilde'a. Czyli jednak nie był niczego świadomy. Chociaż o tyle dobrze, bo gdyby wszyscy wiedzieli, to chyba bym się jeszcze gorzej czuł.
- Co? - popatrzył na mnie jakby miał co najmniej trzy głowy i przeniósł wzrok na Frances, która też nie wiedziała co ze sobą zrobić. Chyba dopadły ją wyrzuty sumienia. I bardzo dobrze. - Mam córkę. Z Mel. A twoja kochana dziewczyna o wszystkim wiedziała i nie pisnęła nawet słowem, za co dziękuje jej niezmiernie. - nie miałem już do nich słów. Wstałem i udałem się do swojego pokoju. Chciałem po prostu usnąć. Usnąć i obudzić się jak to wszystko się skończy.



flashback


- Adam? - przeniosłem wzrok na brunetkę, którą otulałem szczelnie ramieniem. Była taka piękna. Sam nie wiem jak to się stało, że wybrała właśnie mnie. Nie miałem nic do zaoferowania, a ona jednak przy mnie była. Zmieniała mnie każdego dnia dając szansę na lepsze jutro. Na przyszłość, którą namalowałaby razem ze mną. 
- Hm? - trąciłem nosem jej nos na co z jej ust wydobył się cichy chichot. Takie poranki kochałem. Gdy budziłem się, a pierwsze co widziałem to jej zaspane oczy. Była taka piękna. 
- Co byś...Co byś zrobił gdybym była w ciąży? - wyrzuciła z siebie słowa niczym strzelałaby z karabinu. Jakby bała się, że zaraz ją zganię za to, że w ogóle się odezwała. Zmarszczyłem brwi zastanawiając się nad odpowiedzią. W sumie sam nie wiedziałem. Nie nadawałem się na ojca, byłem jeszcze gówniarzem i wątpię bym umiał zająć się taką małą istotką. 
- Nie wiem. Na razie nie chciałbym mieć dziecka, może za kilka lat. Ale wiesz, że przecież nam to nie grozi. - uśmiechnąłem się, a Melanie tylko pokiwała głową i lekko się uśmiechnęła. Jakby trochę posmutniała. 


end of flashback


Cholera. Ona wiedziała już wcześniej. Tylko ja jak zwykle musiałem zachować się jak dupek. Może to co wtedy mówiłem było prawdą, ale wiadomo, że gdybym wiedział na pewno bym jej nie zostawił. Pozłościłbym się, trochę wyklinał, ale na pewno bym jej nie zostawił. Nawet wtedy, gdy dowiedziałem się, że przespała się z Dawsonem. W końcu była moją małą Mel. Choćby nie wiem ile krzywdy mi narobiła nie umiałem przestać jej kochać. Zacisnąłem powieki starając się jakoś wyrzucić te wszystkie myśli z głowy.
- Adam? - cichy szept Cassie rozniósł się po pokoju, a ja nawet nie zareagowałem. Myślałem, że blondynka po prostu wyjdzie, ale nic z tego. Nawet na chwile nie chcieli mi dać spokoju. Jak nie James, to Frances, jak nie Frances, to Mike. I tak w kółko. Łóżko ugięło się pod małym ciężarem Cass, a za chwilę poczułem jak wtula się w mój bok. - Słyszałam, że zostałam ciocią.
- Ta... - mruknąłem i zamknąłem oczy. Czy oni naprawdę nie rozumieli, że nie chciałem o tym gadać?
- Dasz sobie radę. Przecież oboje o tym wiemy. - zaśmiała się i dźgnęła mnie między żebra. Nie wiem skąd w mojej siostrze brały się te pokłady optymizmu. Zawsze była takim małym skrzatem, który potrafił wszystkim poprawić humor. - Mel się obudzi i poradzicie sobie. A sama chciałbym poznać moją bratanicę...Mam nadzieję, że nie jest do Ciebie podobna. Miałaby wtedy przesrane w życiu.
Parsknąłem śmiechem, takim szczerym, chyba pierwszy raz od kilku dni. Ciekawe w takim razie jak bardzo moja siostra miała przesrane, skoro byliśmy do siebie podobni. Chociaż zawsze musiałem odpędzać od niej chłopaków. Tylko Mike'a jakoś zostawiłem w spokoju. Oczywiście dopiero kilka miesięcy temu, bo wcześniej to mało się z nim nie biłem żeby moją siostrę zostawił w końcu w spokoju. Za chwilę jednak spoważniałem, a uśmiech znikł mi z twarzy. Za dużo tego wszystkiego, za dużo.
- Boję się, że jednak tak nie będzie. Zachowałem się jak dupek w stosunku do niej...
- Oboje wiemy jak było. Blair strasznie namieszała, a ty byłeś pewien, że Mel Cię zdradziła, wcale się Tobie nie dziwiłam, że nie chciałeś z nią gadać...Po prostu tak musiało być. Przecież wiesz, że Ci pomożemy. Tylko musisz w końcu być odpowiedzialny. Jesteś ojcem. To już nie jest zabawa, wiesz o tym doskonale. - westchnąłem ciężko i potarłem lekko jej ramię. Od kiedy ona była taka mądra? Co się stało z moją małą siostrzyczką? - A jestem więcej niż pewna, że Melanie zesra się ze szczęścia jak się obudzi, gdy zobaczy Cię z Maddie. - zaśmiała się, przytulając się do mnie mocniej, a na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech. - Trzeba czasu. Wiesz o tym...Ale ona Cię nie zostawi. Zobacz tyle czasu się nie poddawała, teraz ty walcz o nią.
Tylko czy mam wystarczająco siły...




Kilka dni później


Moje życie ograniczyło się do wizyt w szpitalu oraz w domu rodzinnym Melanie. Starałem się jakoś wkupić w łaski pani Brooks i móc odwiedzać Maddie. W końcu bądź co bądź była moją córką. Chciałem, żeby mnie znała, a nie tak jak ja swojego ojca, który miał mnie w dupie od początku. Wcale nie było łatwo, a matka dziewczyny wcale nie zamierzała mnie wyręczać, wręcz przeciwnie, miałem wrażenie, że za każdym razem, gdy coś mi się nie udaje czy Maddie płacze, ona przygląda się temu wszystkiemu ze złośliwym uśmieszkiem. Ale co ja mogłem? Zaciskałem zęby i starałem się dać z siebie wszystko. Musiałem. Dla siebie, dla Maddie, a przede wszystkim dla Melanie. Mówiąc o niej...było bez zmian. Ani lepiej ani gorzej. Nadal leżała nieprzytomna czy tam w śpiączce, a ja nic na to nie mogłem poradzić.
- Podobna do Ciebie. - Cassie uśmiechnęła się do mnie nachylając nad wózkiem, który pchałem będąc w drodze do szpitala. Cud, że jeszcze koło mnie nie było żadnego z paparazzi. Nie wiem jak to się stało. - Słodka jest. - połaskotała Maddie po brzuszku na co dziewczynka zaśmiała się.
- Taa... - mruknąłem zastanawiając się nad tym wszystkim. W sumie przez ostatnie dwa tygodnie moje życie wywróciło się do góry nogami. Wszystko się zmieniło. Żałowałem? Chyba nie...Może tylko tego, że w jakiś sposób czułem się winny tego, że Mel jest w szpitalu. Wiem, że to nie moja wina, tylko tej idiotki Jenny, ale jakoś nie mogłem zagłuszyć wyrzutów sumienia. - Wydaje mi się jednak, że bardziej przypomina Mel. Jest jej taką małą kopią. - wymusiłem uśmiech starając się skupić na rozmowie.
- Jak się w ogóle czujesz? - dziękuję Bogu za taką siostrę, naprawdę. Chyba tylko ona jakoś podtrzymywała mnie na duchu i do końca się nie załamałem. Nawet James patrzył na mnie krzywo mówiąc, żebym odpuścił, bo przecież nie możemy w tym momencie rzucić wszystkiego i przestać grać. Miała zacząć się przecież nasza trasa koncertowa. Producenci dzwonili na moją komórkę non stop, a ja po prostu żyłem w innym świecie.
- Jak widać. Jestem zmęczony. - spuściłem wzrok na dziewczynkę. Moją córkę.  Dotąd chyba się nie przyzwyczaiłem do tego wszystkiego. Moje życie to jedno wielkie gówno.


[...]


- Patrz kogo dzisiaj przyprowadziłem. - uśmiechnąłem się szeroko siadając koło łóżka Melanie. Przed chwilą byłem u lekarza, ale nie miał dla mnie niczego nowego. Coraz bardziej mnie to denerwowało. Nie mogą zacząć czegoś robić? Wydawało mi się, że po prostu nawadniają jej organizm zamiast ją leczyć, zamiast cokolwiek zrobić. - Nasz mały cud, który za Tobą tęskni.
I nic. Zero reakcji. Tylko Maddie poruszyła się niespokojnie na moich kolanach. Nie wiem na co liczyłem. W sumie to chyba na nic. Przytuliłem do siebie Maddie cmokając jej policzek, bo patrzyła takim wzrokiem na swoją mamę, że miałem wrażenie, że zaraz oboje będziemy płakać jak dzieci. Tylko jej wypadało, mi...niezbyt.
- Wiedziałam, że Cię tu znajdę. - odwróciłem głowę widząc matkę Melanie, która stała oparta o drzwi do sali. A ta tu czego? Znowu zacznie mnie umoralniać jaki to jestem okropny i w ogóle nie nadaję się na ojca? Bo już mam dosyć słuchania uwag na mój temat. Rozumiem, że nie przepadała za mną, ale mogłaby mi trochę odpuścić. - Byłam u lekarza. Powiedział mi, że siedzisz tu całymi dniami od kiedy Mel jest w szpitalu. - przytaknąłem tylko głową, odwracając wzrok od kobiety. Nie chciałem wdawać się w jakieś dyskusje. Nie miałem zamiaru się z nią kłócić. Nie tutaj, nie przy Maddie i Mel. To jest wojna między mną,  a panią Brooks. Nie było sensu nikogo więcej denerwować. - Ty ją naprawdę kochasz, co?
- O co Pani chodzi? - warknąłem ponownie przenosząc wzrok na kobietę. Jej twarz była jakby inna. Łagodniejsza. Nie marszczyła brwi tak jak zawsze i nie mrużyła oczu, wbijając we mnie wzrok bazyliszka.
- Szczerze mówiąc, byłam pewna, że od razu uciekniesz, gdy tylko dowiedziałeś się o Maddie. - westchnęła spuszczając wzrok i usiadła na krześle zaraz koło mnie. - Nigdy nie rozumiałam czemu Melanie Cię tak broni...Ale ty naprawdę ją kochasz, mimo, że to wszystko się tak potoczyło. - zacisnąłem wargi starając się powstrzymać od jakiegoś kąśliwego komentarza i spuściłem wzrok na dziewczynkę, która podgryzała mój palec. Chyba będę musiał ją niedługo nakarmić. - Ona też Cię kocha. Jeździła nawet na wasze koncerty w pobliżu...Mówiłam jej, żeby powiedziała Ci od razu o Maddie, ale ona uznała, że nie będzie Ci psuła życia. Dopiero niedawno doszła do wniosku, że Madeleine potrzebuje ojca i byłaby straszną matką, gdyby pozbawiła ją Ciebie. - westchnęła ciężko, a ja tylko przytaknąłem głową. Jestem ciekawy, czy gdyby nie wypadek nadal żyłby w nieświadomości. Bo szczerze mówiąc, wiem, że nie dałbym dojść Melanie do głosu i nadal bym unikał ją szerokim łukiem.
- Teraz to bez znaczenia. Ważne, że już będzie dobrze. - mruknąłem i naprawdę chciałem w to wierzyć. Tylko coraz trudniej było mi samego siebie utwierdzać w tym przekonaniu. Brakowało mi chęci do czegokolwiek.



***



- Witaj Adamie, od niedawna nie schodzisz z ust ludzi. - zaśmiała się dziennikarka, a ja nerwowo potarłem dłonie. Naprawdę nie chciałem być w studiu i nagrywać jakiegoś głupiego wywiadu. Traciłem tylko czas. A wiadomo o co będą pytać.

Masz im nic nie mówić o Melanie. Ani tym bardziej o Maddie. Powiedz coś w stylu, że to jakaś mała kuzynka i dlatego wychodzisz z nią na spacery. A, że do szpitala jeździsz, bo trzeba pomóc ofierze wypadku. Oni nie mogą się dowiedzieć tego wszystkiego, rozumiesz? Chyba nie zamierzasz zaprzepaścić, prawda? 


Oni nie mogą się dowiedzieć tego wszystkiego, rozumiesz? - słowa menadżera dudniły mi w uszach, a ja naprawdę nie wiedziałem co powiedzieć. Wiedziałem, że gdy powiem prawdę, to jeszcze gorzej narobię i w ogóle nie będę miał życia. O ile nadal je miałem. Nie chciałem rozgłosu, a Scooter miał rację. Nie będę miał spokoju.
- Pewnie jest Ci ciężko z faktem, że Twoja dziewczyna siedzi w areszcie...Co z jej sprawą? - uniosłem wzrok na Jane, bo tak miała na imię kobieta i zagryzłem policzek od środka. Szczerze? Gówno obchodziła mnie Jenny i jej areszt.
- Nie kontaktuję się z nią. Nie zamierzam jej bronić. Zachowała się lekkomyślnie. Sam nie jestem święty, ale nie narażam na niebezpieczeństwo innych, tylko siebie. - kobieta popatrzyła na mnie pokiwała głową, a ja miałem wrażenie, że nawet nie dotarł do niej sens moich słów. W sumie to była tępa. Czytała tylko pytania i nie lubiłem udzielać się w jej programie. O niebo lepiej było występować u Ellen, z którą chociaż można było normalnie porozmawiać.
- W takim razie...Może odpowiesz nam na pytanie, które nurtuje od kilkunastu dni cały świat... - na ekranie wyświetliło się zdjęcie moje, na którym trzymam na jednym ręku Maddie, a drugą prowadzę wózek. Przełknąłem z trudem gulę, która urosła mi w gardle i...Nie wiedziałem co powiedzieć. - Kim jest ta mała dziewczynka?
- To jest moja k... - zatrzymałem się w pół zdania i patrzyłem na zdjęcie. Byłem na nim...Szczęśliwy. Mimo podkrążonych oczu, zmęczenia na twarzy, na mojej twarzy widniał uśmiech, a Maddie swoimi małymi rączkami dotykała mojego policzka. Na samą myśl tego dnia uśmiech zagościł na mojej twarzy. Byłem z niej taki dumny, bo już sama siedziała. Widziałem jak powoli moje dziecko rośnie, uczy się nowych rzeczy. - To jest moja córka. Maddie. Śliczna, prawda? - na sali zapadło milczenie, tylko ktoś w głębi szepnął "co do kurwy?". A ja nadal uśmiechałem się sam do siebie. Nie wiem jakim byłbym ojcem, gdybym wyrzekł się własnej córki. Była moja. Kochałem ją. I nie wstydziłem się jej. Była moim małym cudem. Cudem, który ratował mnie. Tak samo jak jej mama uratowała mnie kilka lat temu.





poniedziałek, 21 września 2015

[5] i need to say you something.


She said
She`d take me anywhere
She`d take me anywhere
As long as she stays with me
She said
She`d take me anywhere
She`d take me anywhere
As long as I stay clean

Nie miałem na to wszystko siły. Nie mogłem stać tutaj na scenie, grać dla setek ludzi, wiedząc, że Melanie w tym momencie leży nieprzytomna podłączona do respiratora. Zamilkłem i wziąłem głęboki wdech, a moje palce nie przestały szarpać za struny. Chyba już mi został po prostu taki odruch i nawet tego nie kontrolowałem. Popatrzyłem na James'a, który uniósł brew obserwując mnie bacznie. Mój oddech był coraz cięższy, a w głowie zaczęło wirować. Nie mogłem. Nie w tym momencie. Ściągnąłem z siebie gitarę i walnąłem nią z całej siły o scenę.
- Pieprzcie się wszyscy! - wrzasnąłem i po prostu ruszyłem za kulisy zostawiając wszystkich oniemiałych. Przepchnąłem się przez pracowników hali koncertowej oraz naszego menadżera, który darł się wniebogłosy każąc mi wrócić na scenę. Nie miałem takiego zamiaru. Nie powinno mnie w ogóle tu być.
- Co ty w ogóle do cholery robisz? - menadżer szarpnął mnie za ramię, jednak tylko popatrzyłem na niego i fuknąłem kolejne przekleństwa pod nosem nie siląc się na tłumaczenia. Kim on w ogóle był żeby mi rozkazywać? Nikim. To ja z chłopakami do wszystkiego doszliśmy, a on tylko żerował na naszej sławie i brał za to ładny hajs. Wyrwałem się z jego uścisku i ruszyłem dalej stronę wyjścia. Miałem to wszystko w dupie. Biegłem ile sił w nogach, a za mną paparazzi, który uznali, że opuszczenie przeze mnie koncertu jest idealnym tematem na pierwszą stronę gazet.


flashback



 - Dzisiaj świętujemy! - usłyszałem głos Melanie, która dopiero weszła do mieszkania z butelką szampana. Zaciekawiony wyjrzałem zza framugi drzwi nie wiedząc kompletnie o co chodzi. I włączyła mi się lampka w głowie. Urodziny? Rocznica? Nie wiem. 
- Czemu? - niepewnie na nią popatrzyłem czekając na burę z jej strony. W końcu kiepski ze mnie chłopak, skoro zapomniałbym o jakieś ważnej dacie. Jeszcze by się obraziła i dopiero bym miał świętowanie. 
- Nie wiesz? - uniosła brew i podeszła do mnie cmokając w usta, a jej wargi ułożyły się w szerokim uśmiechu. - Jesteś już pół roku czysty. To jest dopiero sukces. - oplotła mój kark ramionami i wpiła się w moje usta, a ja tylko uśmiechnąłem się przez pocałunek obejmując ją w talii. W sumie miała rację, ale mnie nie ciągnęło do narkotyków. Była ona, nie potrzebowałem więcej "szczęścia".
- To Twój pierwszy sukces pani doktor. - uśmiechnąłem się odrywając się od niej na chwilę. Od kiedy Mel poszła na studia naprawdę się bałem o nią. O nas. Byliśmy z dwóch innych światów. W liceum nie pasowaliśmy do siebie, bo mieliśmy innych znajomych, sytuację finansową. Teraz do tego dochodziło to, że ona miała świetlaną przyszłość jako lekarz, a ja? Ja byłem tylko nędznym rockman'em, który wiadomo, że w pewnym momencie albo popełni widowiskowe samobójstwo, albo będzie robił z siebie idiotę na oczach całego świata, gdy już będzie zbyt stary, żeby latać po scenie, bo po prostu już nie wypada.
- To jest nasz sukces, a w szczególności Twój Adam. - cmoknęła mnie po raz kolejny w usta, a jej uśmiech wręcz rozświetlił mi cały świat. - Ale uważam, że możemy sobie dzisiaj pozwolić na butelkę szampana i upojną noc w nagrodę, co ty na to? - mruknęła zadziornie składając muśnięcie na mojej szyi. Boże, dziękuję za taką kobietę. Byłbym naprawdę idiotą, gdyby nie przystał na tą propozycję. 


end of flashback


- Melanie...Mel... - usiadłem na krześle obok jej łóżka próbując jakoś wyrównać swój oddech. Popatrzyłem na jej spokojną twarz. Oczy nadal miała zamknięte, nic się nie zmieniło. Nadal czułem się zagubiony jak nigdy przedtem. Wszystko się zmieniło. Znowu byłem tym zagubionym chłopakiem, przerażonym uczuciami, które żywiłem do tej drobnej brunetki, która być może już nigdy nie spojrzy na mnie swoimi pięknymi oczami. - Żałuję, wiesz? Tego czasu, który straciliśmy. Może, gdybym nie był takim dupkiem, to byś wiedziała jak bardzo Cię kochałem. Jak bardzo Cię nadal kocham... - ścisnąłem delikatnie jej dłoń, za chwilę słysząc chrząknięcie.
- Skoro Pan już tu jest, to chciałem przekazać rzeczy panny Brooks. Lepiej żeby miał je pan, różne rzeczy dzieją się w szpitalu i wolę nie ponosić odpowiedzialności jak coś zginie. - pokiwałem lekko głową, biorąc wszystko od lekarza. Chyba powinienem poinformować jej matkę o wszystkim, ale chyba też zbytnio nie miałem na to siły.


[...]


Wiedziałem, że nie powinienem tu być. Nie wiem w sumie co mnie podkusiło, żeby sprawić jej adres na dowodzie i przyjechać tutaj. Może potrzebowałem po prostu poczuć zapach jej perfum, który najprawdopodobniej roznosił się po całym mieszkaniu. Może jakieś wskazówki, która pozwoli mi zrozumieć co się tak naprawdę z nią działo.
Wziąłem głęboki oddech i pchnąłem drzwi, które wcześniej otworzyłem kluczami. W mieszkaniu panował mrok, było zimno, zapewne po prostu zostawiła okno otwarte na roścież, a ostatnio noce było coraz chłodniejsze. Zmrużyłem oczy, gdy światło rozświetliło pomieszczenie. Nie było tutaj nic nadzwyczajnego. Zwykły korytarz, ściany w jej ulubionych pastelowych kolorach. Pamiętam jak zawsze marzyła o kolorowym mieszkaniu. Mówiła, że to nadaje ciepło ścianom i wszystko wydaje się takie żywsze, przytulniejsze. Ruszyłem powolnie przed siebie, gdzie najprawdopodobniej znajdowała się jej sypialnia, a zarazem salon. Łóżko było niepościelone, a po podłodze walały się ubrania. To było wręcz do niej nie podobne, zawsze się śmiałem, że swoją pedanterią mnie zamęczy. Dla Melanie wszystko musiało być na swoim miejscu i chyba ten bałagan tylko utwierdził mnie w przekonaniu jak wiele mnie ominęło. Usiadłem na łóżku przejeżdżając dłonią po pościeli. Gdybym tylko mógł...Zrobiłbym naprawdę wszystko, żeby teraz była roześmiana, żeby marszczyła nos, w tak zabawny sposób jaki tylko ona umiała. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, natrafiając wzrokiem ramkę ze zdjęciem. Naszym zdjęciem. Obejmowałem ją, a na naszych twarzach widniały szerokie uśmiechy. Jeden kącik moich ust uniósł się mimowolnie do góry, gdy przejechałem palcem po jej policzku, jednak zamiast aksamitnej skóry, poczułem tylko chłód szybki. Westchnąłem ciężko zamykając oczy na chwilę, przez co mało się nie zabiłem potykając się o coś twardego. Przekląłem pod nosem podnosząc z ziemi gruby zeszyt. Dziwne.


Tak bardzo chciałabym mu tyle powiedzieć. Tyle się zmieniło od kiedy odszedł, ale nie zmieniły się moje uczucia. Chciałabym wierzyć, że on to samo czuje, ale wiem, że to tylko moje pobożne życzenie. Jest gwiazdą, ma dziewczynę, swoje życie, w którym na mnie nie ma miejsca. Gdzie w tym miejsce dla mnie? Nie ma. Nawet nie umiem mu wytłumaczyć tego, że tak naprawdę między mną, a Dawsonem nic nie zaszło. Szkoda tylko, że mi to potrafili wytłumaczyć, ale jemu już nie. A ja już naprawdę nie mam siły zabiegać o kontakt z nim. Tak bardzo bolą mnie jego słowa. Jego pusty wzrok, gdy tylko spojrzy na mnie. I ten chłód. Jakbym po prostu go nie znała, jakbyśmy byli obcymi ludźmi. Jakby nigdy nas nic nie łączyło. Gdy mnie pocałował na tej imprezie po jego koncercie czułam, że w tamtej chwili mogłabym umrzeć. I umarłam. Wewnętrznie, gdy powiedział, że mnie nienawidzi. 


Zacisnąłem powieki starając się zapanować nad łzami, które gromadziły się w moich oczach. Wiem, że nie powinienem tego czytać. W ogóle nie powinienem postawić nogi w jej mieszkaniu. I co z tego? Teraz po prostu chciałem móc się do niej przytulić, żeby powiedziała mi, że wszystko będzie dobrze. A w mojej głowie buszowała myśl o tym, że mogę ją stracić. Że może już nigdy na mnie nie popatrzeć, że nigdy jej nie powiem, że już wszystko wiem, że mogę ze wszystkiego zrezygnować, żeby z nią być. Przełożyłem kilkanaście kartek wstecz.


Coraz bardziej czuję, że to wszystko nie ma sensu. Ta cała gonitwa moich myśli i uczuć, które wręcz lgną do niego. Dzisiaj mają koncert w Seattle. Jeden z większych, a mi zabrakło pieniędzy na bilet. Moja matka patrzy na mnie krzywo, gdy tylko wspominam o Adamie. Wiem, że nigdy go nie lubiła i nie rozumie tego, że nadal go kocham. Boli mnie, gdy nazywa go niedojrzałym gnojkiem. On wcale nie jest taki. Kochał mnie. Chciałabym, żeby nadal kochał. Żeby poznał Madeleine...Jest tak bardzo do niego podobna, że gdy tylko na nią patrzę serce mi się ściska z żalu....


Co do cholery?! Nie czytałem dalej, tylko rzuciłem się do jej torebki szukając pośpiesznie telefonu.Dzięki Bogu nie rozładował się, a na ekranie widniało 34 nieodebranych połączeń. Mama, mama, mama, ojciec, Frances, mama, mama...Już nawet nie zamierzałem się zastanawiać po cholerę do niej dzwoniła Frances, tylko nacisnąłem telefon jej matki i przyłożyłem urządzenie do ucha.
- Melanie?! Dziewczyno, wiesz jak ja umierałam ze strachu?! Gdzie jesteś?! - przełknąłem głośnio ślinę zastanawiając się co mam powiedzieć. - Melanie? Może coś powiesz na swoje usprawiedliwienie?
- Tu nie Melanie... - westchnąłem ciężko rozmasowując swoje skronie starając się jakoś zebrać myśli. - Tylko Adam. Możemy się spotkać? - nie chciałem jej przekazywać tak bolesnych informacji przez telefon. Wiem, że od razu by chciała jechać do szpitala. Po drugiej stronie zapadła cisza, które przerwało głośne westchnięcie.
- Przyjedź. Wiesz chyba gdzie mieszkamy. - warknęła i zakończyła połączenie. Także chyba nastała chwila prawdy.


[...]


- Powiesz mi w końcu gdzie jest moja córka? - zacisnąłem zęby starając się panować nad emocjami. Wiedziałem, że muszę jej matce wszystko wytłumaczyć, tylko sam za bardzo nie wiedziałem jak. W końcu powinienem do niej od razu zadzwonić.
- Jest...pod bardzo dobrą opieką. Miała wypadek...
- Moja córka miała wypadek, a ja się dopiero o tym teraz dowiaduję?! - jej wrzask słyszała chyba cała ulica, a ja skuliłem się w sobie. Dobra, należało mi się. - Czy ty w ogóle myślisz?! Mówiłam jej od razu, że jesteś popierdolony i nie powinna na Ciebie marnować czasu!
- Zaraz do niej pojedziemy. - zignorowałem jej słowa, mimo, że były jak sztylet wbity w serce. Wiedziałem jakie zdanie na mój temat mają jej rodzice, ale nie myślałem, żę kiedyś powiedzą mi to prosto w oczy. - Kto to jest Madeleine?
Zamilkła patrząc na mnie, a jej oczy z każdą sekundą stawały się coraz większe, co tylko mnie utwierdziło w przekonaniu, że dowiem się bardzo ciekawych rzeczy.
- Chodź. - nie patrząc na mnie ruszyła w głębię swojego wielkiego domu, w którym byłem tylko kilka razy. Nie byłem tu mile widzianym gościem, więc zazwyczaj spotykałem się z Melanie w mojej ruderze, którą wynająłem zaraz po moich dziewiętnastych urodzinach. Przystanęła przed białymi, drewnianymi drzwiami i nabrała głośno powietrza. - Tylko proszę Ciebie. Spokojnie. Ostatnio bardzo jej szkodzi stres, pewnie to przez to co się dzieje z Melanie.
Otworzyła drzwi, a moim oczom ukazał się zwykły dziecięcy pokoik. Blado różowe ściany, biały miękki dywan, a w środku łóżeczko, komoda i parę pluszaków rozrzuconych po podłodze. Stanąłem czując, że nogi wrosły mi w ziemie i nie mogłem się ruszyć. To wszystko było jak zły sen. Przecież to nie mogło się dziać naprawdę. Wszystko było takie niepojęte. Ocknąłem się po chwili widząc jak kobieta wyjmuje z łóżeczka dziecko. Najprawdopodobniej dziewczynkę, bo była ubrana w różowe śpioszki.
- To jest Madeleine. Śliczna, prawda? - podeszła do mnie, a ja mogłem dokładniej przyjrzeć się dziewczynce. Zawsze wydawało mi się, że wszystkie małe dzieci wyglądają tak samo, ale w niej widziałem lustrzane odbicie brunetki. Przytaknąłem niepewnie głową, a nogi zrobiły mi się jak z waty.
- Jak...Nie rozumiem tego wszystkiego. - słowa ledwo mi przeszły przez gardło. Kobieta jednak uśmiechnęła się lekko w moją stronę, kierując się z powrotem do salonu. Usiadła na sofie, układając dziewczynkę na swoich kolanach, a sama czekała, aż ja usiądę naprzeciwko niej.
- Mówiłam Melanie, żeby od razu Ci powiedziała. Z tego co wiem, to nawet próbowała, ale ty jak zwykle zachowywałeś się jak gnojek. - popatrzyła na mnie surowo, a ja w duchu musiałem przyznać jej rację. Zachowywałem się jak gnojek. - Wiesz chyba skąd się biorą dzieci. prawda? No więc właśnie w taki sposób spartaczyłeś mojej córce przyszłość. Chociaż...Patrząc na Maddie, a szczególnie, gdy Mel nią się zajmuje trudno mi jest mieć do Ciebie żal. Może tylko przez to jak traktujesz moją córkę.



***


Nie pamiętam jak znowu znalazłem się w szpitalu przy łóżku Melanie. Moje policzki były mokre od łez, a ja nie mogłem uporządkować swoich myśli. Pewnie, gdyby nie to, że wcześniej przeczytałem pamiętnik brunetki wypierałbym się ojcostwa, wmawiając, że to Dawson jest ojcem.
- Mam żal do Ciebie, że mi nie powiedziałaś... - westchnąłem ciężko patrząc na jej spokojną twarz. Ciągle spała, a lekarz omijał mnie szerokim łukiem, jakby po prostu nie chciał mi czegoś powiedzieć. - Ale nie dałem Ci nawet szansy...Jest śliczna. Po Tobie. - uśmiechnąłem się przez łzy, starając się zapanować nad drżeniem moich ramion. - Wiesz dobrze, że marny ze mnie będzie ojciec, dlatego obudź się. Musisz mi pomóc. Maddie musi mieć pełną rodzinę. Kochającą się. Chcę ją wychowywać z Tobą. Chcę, żeby miała lepsze życie niż my. Tylko wróć do mnie.





**************
Także macie pierwszy rozdział od takiego czasu. Blog był usunięty, z tego co pewnie niektórzy zauważyli. Ale chyba po prostu nie mogłam tak zostawić Melanie i Adama bez wyjaśnienia wszystkiego. Teraz w sumie wiadomo wiele. Nie wiem jednak czy jest sens po takim czasie kontynuować to wszystko. Przynajmniej jednak zaspokoiłam waszą ciekawość. ;)

sobota, 30 maja 2015

[4] Keep holding on

notka na dole, ważne. 

Kiedy miałem siedem lat zgubiłem się babci w wesołym miasteczku. Byłem na karuzeli, a potem już jej nie było. Nie pamiętam jak ją odnalazłem, ani jak wróciliśmy. Zawsze powtarzała mi, żebym nie płakał, bo Ci, których kochamy zawsze wracają. Dopiero teraz, gdy dorosłem, wiedziałem jak bardzo mnie wtedy okłamała...


flashback


- Zawsze chciałam tańczyć. - szepnęła brunetka wtulając się w klatkę piersiową chłopaka. Leżeli na łące, kompletnym pustkowiu, gdzie nikt nie zaglądał, bo w Portland nie doceniało się uroków flory. Zawsze było coś innego do zrobienia, zawsze ludzie mieli coś ciekawszego do obserwowania. Jednak dla nich to nawet lepiej, Adam nigdy jakoś nie przepadał za towarzystwem ludzi, po za tym nie chciał, żeby Melanie miała nieprzyjemności przez znajomość z nim. W końcu nie każdemu podobało się to, że się zadają. Uśmiechnął się szeroko unosząc się na łokciach i przyglądając się uważnie dziewczynie, która w tak krótkim czasie zdobyła jego serce. Oczywiście nie przyzna się do tego i tak ciężko przyszło mu przyznanie się przed samym sobą, a co dopiero przy kimś innym. Wstał z trawy i wyciągnął dłoń w stronę dziewczyny by pomóc jej wstać. 
- Jeśli nie przeszkadza Ci deptanie po stopach, to zapraszam. - uśmiechnął się szeroko, gdy tylko zobaczył jej wesołe iskierki w oczach i oplótł ją ramieniem wokół talii, zaś drugą ujął jej dłoń, zaczynając się delikatnie kołysać. 
- Kiepski z Ciebie tancerz. - zaśmiała się brunetka, gdy tylko po raz pierwszy Adam nadepnął jej na nogę. 
- Na to wychodzi. - zawtórował jej śmiechem i przystanął patrząc jej prosto w oczy. Szczerze mówiąc strasznie go onieśmielała. Jego. Tego chłopaka, który mówił, że nigdy się nie zakocha, że nigdy żadna dziewczyna go nie "uwięzi". Otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale za chwile się wycofał. Bał się tego co mógł do niej czuć. Bał się przywiązać i zostać zranionym. Za dużo miłości już okazał rodzicom, którzy raczej tego nie docenili i bez żadnych wyrzutów sumienia zmiażdżyli jego serce i wyrzucili do "kosza". - Mel...
- Tak? - uniosła brew do góry, a na jej twarzy malował delikatny uśmiech. Wyglądała tak idealnie, że teraz naprawdę nie dziwił się tym wszystkim jej kolegom, którzy tylko obstawiali kiedy z którymś pójdzie na randkę. Tylko, że z nimi nie chciała iść. Wolała takiego wyrzutka społecznego jak Adam. 
- Kocham Cię. - szepnął, a brunetka tylko szerzej się uśmiechnęła i uniosła na palcach by dosięgnąć jego ust i jej pocałować.
- Ja Ciebie też Hendrix. - zaśmiała się i szturchnęła go łokciem. A on tylko zaśmiał się i przyciągnął ją ponownie do siebie by ponownie zasmakować jej ust. 



***



- Gdzie idziesz? - Melanie stanęła opierając się o framugę drzwi i patrzyła z wyczekiwaniem na Adama. Bała się za każdym razem, gdy wychodził sam. Nie to, że mu nie ufała, ale dopiero wszystko zaczęło się układać i bała się, że ponownie go pociągnie do narkotyków i to co budowali przez ostatnie kilka miesięcy posypie się w ekstremalnym tempie. 
- Niedługo wrócę. - uśmiechnął się do niej szeroko i podszedł by cmoknąć ją w usta. Doskonale wiedział o jej obawach. Tylko, że...On już po prostu nie potrzebował do szczęścia narkotyków. Miłość do Melanie go tak zaślepiła, że nawet nie odczuwał problemów zdrowotnych. 
- Ale gdzie idziesz? - odsunęła się od niego na parę centymetrów, a w jej oczach pojawił się niepokój. W końcu na początku tyle razy ją okłamywał, że idzie do pracy, a tak naprawdę szedł z kolegami i nie wracał do ich mieszkania, które wynajmowali. A potem umierała ze strachu szukając go po całym Portland. 
- Nie mogę powiedzieć. - uśmiechnął się lekko, wiedział, że tymi słowami tylko podwoi niepokój swojej ukochanej, ale nie mógł jej powiedzieć. To była niespodzianka, a przecież gdyby jej powiedział, to nie byłoby w tym nic fajnego. 
- Adam... - jęknęła z zawodem wbijając w niego wzrok. Teraz już naprawdę tylko myślała o tym, gdzie tym razem będzie go szukać. - Jeśli idziesz...To chociaż mi powiedz, gdzie mam po Ciebie potem przyjść. - w jej oczach zaszkliły łzy, a szatyn zacisnął na to wargi w cienką linię. Nie. Nie dziwił się jej. Pewnie sam na jej miejscu by ją jeszcze bardziej kontrolował, a ona chociaż trochę mu zaufała.
- Mel...Nie idę ćpać. Mam coś do załatwienia, ale to ma być niespodzianka. - mruknął i przyciągnął ją do siebie cmokając w czoło. - Byłaś jak haust świeżego powietrza. Tonąłem, a ty mnie uratowałaś. Nie zamierzam tego zniszczyć. Chce żyć normalnie, ale tylko wtedy, gdy ty jesteś przy mnie. 




end of flashback




Adam POV

Przetarłem dłonią oczy, a uporczywy dźwięk telefonu za nic w świecie nie chciał mi dać spokoju. Odwróciłem głowę i popatrzyłem na zegarek, który wskazywał trzecią w nocy. Co do cholery?
- Halo? - mruknąłem i podniosłem się do pozycji siedzącej starając się jakoś ogarnąć sam siebie by choć trochę trzeźwo myśleć.
- Adam... - cichy szept Jenny trochę mnie zdziwił. W jej głosie było coś innego...Przerażenie?
- Co się dzieje? - można powiedzieć, że poziom adrenaliny podskoczył mi w tym momencie do tego stopnia, że już w ogóle nie chciało mi się spać. Mimo wszystko zawsze martwiłem się o blondynkę, a w tym momencie po prostu zapragnąłem mieć ją obok siebie, żeby tylko była bezpieczna.
- Ja...ja jestem na komisariacie. Potrąciłam człowieka... - załkała w słuchawkę, a ja tylko zacisnąłem wargi by powstrzymać się od jakiegoś niemiłego komentarza. Dobra, wiedziałem, że Jenny nie jest święta. Że zawsze idzie na łatwiznę i zawsze jeździ samochodem. Nie ważne, czy była zjarana czy pijana. Tylko, że zawsze jej to uchodziło na sucho. - Mógłbyś pojechać do szpitala i dowiedzieć się w jakim jest stanie? Proszę...



***


Stanąłem przed salą gapiąc się w szybę, która rozciągała się na całej ścianie dając widok na całe pomieszczenie. Naprawdę myślałem, że zobaczę jakąś dziewczynę w lepszym trochę stanie. Jednak, gdy zobaczyłam czarne, długie włosy rozrzucone na łóżku i rysy twarzy, które zapamiętam do końca życia, poczułem jak spadam, serce łamie mi się na milion kawałków, a przed oczami robi się ciemno. 

Czekaj na mnie.
Na pewno wrócę. 
Zostań tu. 
Kocham Cię. 
Zawsze będę przy Tobie. 


Wszystkie moje słowa wydawały mi się teraz takie...puste. W głowie układały mi się same czarne scenariusze. A co jeśli...
- Przepraszam. - złapałem za ramię przechodzącego lekarza. Musiałem się czegokolwiek dowiedzieć. Musiałem wiedzieć, że wszystko będzie dobrze. I to już nie chodziło o Jenny, która właśnie teraz zostawała przesłuchiwana na komisariacie i pewnie stanie przed sądem. Nie chodziło mi o jej gówniany wyrok, w tym momencie najmniej mnie on obchodził.
- Słucham... - lekarz uniósł brew patrząc na mnie znacząco. Pewnie już nie pierwszy raz zaczepia go jakiś zrozpaczony dwudziestolatek. Co tu się dziwić.
- M-melanie Brooks...Co z nią? - do końca nie jestem pewien czy rzeczywiście mężczyzna zrozumiał co miałem mu do przekazania, ale zmarszczył brwi i popatrzył w swój notatnik.
- A pan to...? - zanim cokolwiek powiedział musiał dopełnić formalności. Co tu zrobić?
- Narzeczony. - powiedziałem szybko jakbym bał się, że gdy tylko chwile dłużej się zastanowię, to doktor mi nie uwierzy i będzie podejrzanie patrzył rzeczywiście sprawdzając czy w takim jesteśmy związku.
- Panna...Brooks ma rozległe obrażenia wewnętrzne. Trzy złamane żebra, usunęliśmy śledzionę, jak na razie jest stabilna, jednak...Najbliższe 24 godziny zadecydują co tak naprawdę będzie. - przeniósł wzrok na mnie i widziałem w nich współczucie. O czymś mi nie mówił. Byłem tego pewien. - Ale proszę być dobrej myśli. - poklepał mnie po ramieniu, jakby to w jakiś sposób miało mi dodać otuchy. Człowieku, było całkowicie na odwrót.
- Mogę do niej wejść? - mój głos nadal brzmiał nienaturalnie. Wręcz dziwnie, jakby w ogóle do mnie nie należał. Dopiero, gdy mężczyzna pokiwał głową znalazłem w sobie jakąś siłę i wszedłem do sali ciągnąc za sobą nogi by w końcu usiąść na krzesełku obok łóżka brunetki.
- Mel... - szepnąłem biorąc delikatnie jej dłoń. Blada i zimna, ale wciąż jej. Ucałowałem jej kłykcie, a w moich oczach zaczęły zbierać się łzy. Nawet nie wiem kiedy wydostały się z moich powiek, ale zacząłem płakać jak dziecko. Już nie mogłem tego powstrzymywać. - Przepraszam...Tak bardzo przepraszam. - oparłem swoją głowę o ręce starając się jakoś ogarnąć, bo jedyna myśl jaka mi tylko przychodziła do głowy, to to, że ją stracę. Że już nigdy się do mnie nie uśmiechnie, nie pocałuje jej, czy nawet nie będę unikać jak to ostatnio robiłem. - Kocham Cię. Zawsze będę. Nie możesz mnie zostawić. Teraz wszystko będzie już dobrze. Tylko daj mi szansę to naprawić. - i...cisza. Nie było tak jak w filmach, gdzie śpiąca osoba nagle się budzi i wszystko sobie wybaczają. Nie. Jedynym dźwiękiem był dźwięk respiratora, który dawał znać, że serce mojej ukochanej jeszcze bije.




____________________________________________________________________________
Na początku przepraszam, że tak długo nie było rozdziału. W sumie...Nie wiem, jakoś się zdemotywowałam do pisania. Historia tego opowiadania wydaje mi się taka banalna, że nie wiem..Zastanawiałam się nawet nad usunięciem bloga, nawet przez jeden dzień to zrobiłam, ale przywróciłam go z powrotem. Nie wiem...No, ale macie rozdział, który pisało mi się wyjątkowo ciężko. Napiszcie jak wam się podoba itd.

czwartek, 14 maja 2015

[3] Love the way you lie.



Adam POV


- Mel! Melanie! Otwórz te pieprzone drzwi! - uderzyłem drżącą ręką w drewniane drzwi, ale w sumie mało to mi dało. Brunetka nadal siedziała zamknięta w pokoju i za nic w świecie nie chciała mi otworzyć. 
- Spierdalaj powiedziałam! - zza drzwi słychać było szum przesuwanych mebli. Nawet nie chciałem wyobrażać sobie co ona tam robiła. Nie powinienem zostawiać jej samej. Ale ile mnie nie było? Pół godziny? Góra godzinę. Łzy bezsilności cisnęły mi się do oczu. Nie wiedziałem co teraz źle zrobiłem...Naprawdę. A musiałem iść do domu, chociaż na chwilę, po rzeczy i żeby wysłuchać jak to bardzo przeszkadzam im wszystkim w życiu. 
- Melanie...Kochanie. Proszę, otwórz drzwi. Nie chce się kłócić.. - nie wiem czy słyszała mnie, jednak za chwile usłyszałem dźwięk otwieranego zamka, a zza drzwi zobaczyłem zapłakaną Brooks. Serce mi się krajało, gdy tylko ją widziałem w takim stanie. Przyciągnąłem ją do siebie oplatając szczelnie ramionami, a ona po prostu się rozpłakała. Co mogłem robić? Ostatnio naprawdę nie wiedziałem co się z nią dzieje, jakby ktoś podmienił moją ukochaną. - Powiedz mi teraz. Co się stało mała? 
- Ja...Ja...Ciebie nie było. I oni przyszli. I ja nie wiedziałam co robić. Nie chcieli odejść. Krzyczałam. Płakałam, a oni nic. Nie wiem. - kręciła głową, a z jej oczu ponownie wypłynęły łzy. Chciałem jej pomóc, naprawdę. Ale przed czym miałem ją bronić? Przed samą sobą? Przed głosami w głowie? Czułem się tak bezsilny wobec jej omamów, że samemu chciało mi się płakać. Widząc jak cierpi, a ja nic nie mogę z tym zrobić. - Nie zostawiaj mnie. Nigdy. Proszę Cię, Adam. 
- Nie zostawię, nie martw się księżniczko...


Otworzyłem oczy, a moje serce waliło jak młotem. Wszystko wracało. Wiedziałem, że tak będzie, gdy tylko Melanie pojawi się po raz kolejny w moim życiu. Chociaż tak prawdę mówiąc to nigdy nie zniknęła z niego. Zawsze była w moim sercu i wątpię, żebym kiedyś potrafił się jej pozbyć. Ja też ją oszukałem, złamałem dane słowo. Mówiłem, że nigdy jej nie zostawię, że zawsze będziemy razem. Tylko niby czemu teraz czułem się winny za rozpad naszego związku? Przecież to była pieprzona jej wina. Tylko teraz...Gdy mam przebłyski tego co stało się w klubie jakoś nie umiem o niej myśleć jak o suce, która mnie zraniła. Cierpiała. Może nie tak samo jak ja cierpiałem, ale w jakimś stopniu też ją to wszystko bolało. I naprawdę ciężko było mi odejść wtedy od niej, nie odwracając się. Tylko wiedziałem, że byłem zdolny jej wszystko od razu wybaczyć, nawet jeśli nie mam do niej zaufania, to jednak...Kocham ją. Tylko zraniona duma nie pozwala mi się do niej odezwać. No może jeszcze strach przed tym, że ponownie coś odwali mnie przeraża.


Frances POV


- Nie chciałam tego spieprzyć! Naprawdę! - biegłam za blondynem, jednak on uparcie przyśpieszał kroku ani razu nie odwracając głowy. Dopiero, gdy szarpnęłam jego ramię zatrzymał się i wbił we mnie pusty wzrok.
- Nie chciałaś? Ale spieprzyłaś! Ja pierdolę Frances czy ty jesteś naprawdę idiotką?! - jestem wręcz pewna, że jego wrzask było słychać na całej ulicy, a ja skuliłam się w sobie, Szczerze mówiąc nie wiem czemu się nim przejmowałam. Nigdy mnie nie obchodziło to co czuje, a teraz nawet czułam jak w moich oczach zbierają się łzy. Tylko, że ja nigdy nie płaczę. Nawet na pogrzebie mojej matki nie uroniłam nawet łzy. -  Latam za Tobą jak popierdolony, a ty jak zwykle rozkładasz nogi przed pierwszym lepszym idiotą! Boże, myślałem, że wcale nie jesteś taką dziwką jak mówili, ale najwidoczniej jestem kurewsko naiwny. - warknął tylko zbliżając się do mojej twarzy. Wiedziałam, że wypad do klubu z James'em to był zły pomysł. Tylko nie wiedziałam, że to wszystko tak się skończy. - Ale rób sobie co chcesz. Ja już nie mam siły się starać. - machnął ręką i ruszył w stronę hotelu nie odwracając się za siebie.



***


- Hej...Mogę wejść? - otworzyłam lekko drzwi do pokoju James'a czekając na jego jakąkolwiek reakcję. Ale nic. Popatrzył się tylko na mnie przez chwile, a potem zaraz spuścił wzrok. Wsunęłam się do pokoju i ruszyłam w jego stronę. Nie mógł mnie teraz tak zostawić. Nie po tym jak zrzucił to całe gówno i przestał się do mnie odzywać. Czułam się teraz rzeczywiście jak dziwka. Jakbym...W jakiś sposób go zdradzała, a przecież nasz układ był przejrzysty - tylko seks, nic więcej, w końcu się nienawidzimy. 
- Nie chce tak już Frances...Nie umiem już udawać, że mnie to nie rusza... - westchnął ciężko nie podnosząc na mnie wzroku. Moje serce nagle przyśpieszyło jakbym dostała jakiegoś ataku, a policzki zaczęły wręcz parzyć. Co jest? No wybaczcie, ale ja jakoś nigdy nie byłam romantyczką, a już tym bardziej nie chciałam mieć na głowie zakochanego Wilde'a. Przecież to było chore. - Nie chce się Tobą dzielić. Nie wiem jak to się stało, ale już nie umiem się przed tym bronić. Nie chce się ukrywać, nie chce żeby łączyło nas tylko łóżko. Już mi to nie starcza, rozumiesz? - wyrzucił ręce w powietrze w końcu unosząc na mnie swoje oczy. - I zakochałem się w Tobie, okej? Kolejnego naiwnego frajera owinęłaś sobie wokół palca, możesz być zadowolona. Zresztą, to bez sensu...Zapomnij. 
Spuściłam wzrok na swoje dłonie, które teraz wydawały mi się najciekawszą rzeczą na świecie. Nie wiedziałam co mam mu na to wszystko odpowiedzieć. Nie chciałam go tracić. Bo w pewnym sensie ja też się do niego przywiązałam. Lubiłam, gdy rano, zanim znikałam do swojego pokoju  czochrałam mu włosy, a on marszczył zabawnie nos robiąc minę pięciolatka. Lubiłam, gdy chował mnie w swoich ramionach i przyciągał go klatki piersiowej, czy choćby całował w czoło na dobranoc. Usiadłam koło niego na brzegu łóżka i zmierzwiłam mu dłonią włosy, a on zareagował tak jak zawsze. Tak samo zmarszczył nos. W ten sam sposób, który sprawiał, że po moim ciele rozchodziło się ciepło. 
- Też tak nie chce. - zaraz. To ja powiedziałam? Pewnie miałam na twarzy takie samo zdziwienie co James, ale poczułam się...lżej. Jakbym zrzuciła z siebie jakiś wielki ciężar. - Nie chce Cię tracić. 
Nie myślałam, po prostu mówiłam, a raczej słowa same ze mnie wychodziły. Nie panowałam nad tym, to był jakiś akt desperacji z mojej strony. Strach przed tym, że moja relacja z Wilde'm wróciłaby do punktu wyjścia. Blondyn popatrzył na mnie jednak za chwile zbliżył się do mnie i musnął delikatnie wargami moje usta. Nie był to pocałunek taki jak zawsze. Pełen namiętności i pożądania. Ten miał w sobie coś innego...Czułość. Coś z czym nigdy się nie spotkałam. 
- Kocham Cię Frances. - szepnął w moje usta, gdy tylko otworzyłam oczy spoglądając w jego tęczówki. Na to jednak nie umiałam mu odpowiedzieć. Nie byłam zdolna do uczuć, dlatego tylko ponownie przylgnęłam do jego ust. 



Adam POV 


Założyłem kaptur na głowę i odpaliłem kolejnego papierosa. Nie mogłem zebrać swoich myśli. Ciągle tylko po głowie chodziła mi Melanie i nawet Jenny nie mogła mi w tym momencie pomóc. Przez głupią obecność na koncercie znowu przewróciła mój świat do góry nogami. Wprowadziła bałagan i zniknęła. A moje uczucia, które miałem nadzieję, że zniknęły na nowo powróciły. I nawet jakbym nie chciał, to moje serce wciąż biło dla brunetki. Dla tej małej, uroczej, kłamliwej brunetki. Szedłem powolnym krokiem kopiąc po drodze jakiś kamień, który napatoczył mi się jeszcze w pobliżu hotelu. Zaciągnąłem się papierosem i rozejrzałem wokół. Chyba nie spodziewałem się nikogo zobaczyć w nocy na moście, który prowadził do dzielnicy najbiedniejszych mieszkańców Portland. W pobliżu znajdowała się po za tym fabryka, w której zazwyczaj przebywali okoliczni narkomani, wiem, bo sam tam byłem kiedyś stałym gościem. Wiedziałem, że idąc tam nie robię dobrze. Powinienem w ogóle nie wychodzić z pokoju, jednak nogi same mnie ciągnęły w tamtą stronę.


flashback

- Adam! Adam! Wiem, że tu jesteś! - zasłoniłem swoje uszy dłońmi, jakbym przez to uchronił się przed krzykiem brunetki. Nie chciałem, żeby widziała mnie w takim stanie, nawet nie wiedziałem, co tutaj robiła. Panicznie rozejrzałem się po pomieszczeniu w którym się znajdowałem, jednak oprócz gołych ścian i jednego zepsutego materaca nic w nim się nie znajdowało. Nie miałam szans na ucieczkę. Oczywiście mogłem wyskoczyć przez okno, jednak jeszcze nie byłem, aż tak naćpany, żeby posyłać się na kalectwo. Kroki nagle ustały, a ja spojrzałem w bok widząc na Brooks staje oniemiała patrząc na mnie. - Adam...
- Zostaw mnie. Nie powinnaś tu być. - mruknąłem pod nosem i przetarłem twarz dłońmi próbując jakkolwiek kontaktować z rzeczywistością. Ogarnęła mnie panika. Dosłownie, ręce trzęsły mi się, a na czole pojawiły się kropelki potu. Wziąłem głęboki oddech by jakoś się uspokoić. W sumie miałem nadzieję, że dziewczyna zaraz wyjdzie i nie będzie chciała mnie znać. Tak było prościej. Nawet jeśli zaczynałem ją powoli lubić, to nie chciałem ją skazywać na życie ze mną. Byłbym wtedy skrajnym egoistą.
- Adam... - poczułem jej ciepłe dłonie na moich i po chwili odsłoniła moją twarz patrząc na mnie w skupieniu. Wyglądała jakby się...martwiła? Chyba tak, albo mam po prostu halucynacje, bo to też jest możliwe. - Co się dzieje? - zapytała, a ja tylko parsknąłem śmiechem, ta cała sytuacja w ogóle była idiotyczna.
- Nie widzisz? Jestem pieprzonym ćpunem. Więc chyba możesz już iść, bo nie jestem taki jaki myślałaś. - zaśmiałem się po raz kolejny, ale szczerze mówiąc nie było mi do śmiechu. Wręcz przeciwnie, chyba po raz pierwszy w życiu chciało mi się płakać z bezsilności. Poczułem jak dłonie Melanie dotykają mojej twarzy by skierować mój wzrok na nią. To chyba była jedna z najtrudniejszych rzeczy, którą przyszło mi w życiu robić, popatrzeć na nią, gdy moje oczy wręcz uciekały od jej spojrzenia. Bolało mnie, gdy widziałem jak zbierają się w nich łzy. 
- Zależy Ci na mnie? - szepnęła, a ja przez chwile znieruchomiałem i tylko pokiwałem niepewnie głową. To był po prostu odruch, nie umiałem kłamać. Nie jej. Przybliżyła się do mnie i delikatnie ustami musnęła moje wargi. - To nie rób tego. 



end of flashback


Stanąłem przed wejściem zastanawiając się czy rzeczywiście powinienem tam wchodzić. Raczej nie - mówił mi rozsądek, natomiast głos w mojej głowie mówił, że przecież nic mi nie szkodzi. Może bałem się tego co tam ujrzę? Chociaż większość moich "przyjaciół" z tamtych czasów, wąchała kwiatki od spodu. Teraz z perspektywy czasu mogę powiedzieć spokojnie, że narkotyki to piekło. I to nie jest tak jak mówią, że się za pierwszym razem nie uzależnia. To się tak zaczyna. Próbuje się, a potem za bardzo zaczyna nam się to podobać. Tak było ze mną. Najpierw tylko jarałem, potem zacząłem podupadać na zdrowiu i zielsko nie pomagało zwalczyć bólu. Zacząłem wciągać amfetaminę, pocierać dziąsła, aż w końcu skończyłem uzależniony od heroiny ze strzykawką w ręce. I nie jest łatwo z tym skończyć. Szczerze mówiąc od kiedy opuściłem zakład odwykowy jedyną rzeczą, która krąży mi po głowie wcale nie jest Melanie, tylko to kiedy w końcu się złamię i sięgnę po narkotyki. I teraz stojąc w starej kryjówce to pragnienie się jeszcze bardziej nasilało.
- Kogo my tu mamy? - odwróciłem się słysząc kpiący głos i spojrzałem na postać, której myślałem, że już nigdy nie zobaczę.


***




poniedziałek, 4 maja 2015

[2] You can't trust a cold blooded man



Życie ludzkie składa się z wyborów. Tak - nie. Wejście - wyjście. Góra - dół. Są też wybory naprawdę istotne. Kochać albo nienawidzić. Być bohaterem albo tchórzem. Walczyć albo się poddać. Żyć albo...umrzeć.




- Myślisz, że naprawdę nie da się nic zrobić? - brunetka kręciła się w fotelu siedząc w jednej z kawiarni. Naprawdę było jej trudno zachować spokój. Palcami wciąż skubała rękawy swojego swetra, co chwila przenosząc wzrok z ziemi na niebieskooką.
- On Cię nienawidzi, wątpię by zmienił zdanie. Spieprzyłaś. - mruknęła Frances i upiła łyk herbaty "z prądem". Szczerze mówiąc nie mówiła nigdy Adamowi, że ma kontakt z Melanie. Nie chciała go denerwować, a tym bardziej słuchać docinek James'a. Był dla niej naprawdę nieznośny i chyba tylko ze względu na Hendrixa jakoś starali się tolerować.
- Nie wiedziałam, że to tak wszystko się potoczy... - Fasola zmarszczyła czoło mrużąc oczy. Czasem sie zastanawiała czy Brooks rzeczywiście jest taką idiotką, czy na serio dała się po prostu wrobić. Zresztą teraz było już po ptokach i nie dało się nic z tym zrobić. Za dobrze znała Adama, żeby dawać dziewczynie jakąkolwiek nadzieję. Jedno wiedziała - Mel naprawdę żałowała tego co zrobiła. - Po za tym on jest teraz z Jenny i z tego co wiem wcale źle im się nie układa... - gdy Melanie uniosła na nią wzrok, aż ją zakuło w sercu. Serio. Bean nie miała w zwyczaju współczuć ludziom, jednak wzrok brunetki był tak przepełniony bólem, że naprawdę zrobiło jej się dziewczyny szkoda. - Dopiero wrócił z odwyku..Nie chce żebyś była powodem dla którego zaprzepaści te miesiące. Po prostu byłoby lepiej gdybyś odpuściła.
- Frances, ale ty nie rozumiesz. Ja go kocham. Nie chce dla niego źle. - urwała widząc znaczący wzrok szatynki i zrobiło się jej głupio. W sumie to z jej ust trochę źle zabrzmiało, w końcu to ona się przyczyniła głównie do tego, że Adam spadł na dno, to ona go zraniła. Frances tylko westchnęła ciężko dopijając swój napój. Nie odezwała się ani słowem, tylko wstała zakładając jeansową kurtkę na siebie i kładąc na stolik pieniądze za swoją herbatę.
- Powiem Ci jedno Brooks...Odpierdol się od niego. Lubię Cię, ale jak tylko zobaczę Cię w pobliżu niego, to osobiście wyrwę Ci kłaki i dopilnuję byś już nigdy go nie zobaczyła. - syknęła i nie patrząc na zdziwioną minę Melanie wyszła z kawiarni. Teraz zrozumiała, że spotkanie z dziewczyną to był błąd. Chciała jej pomóc, jednak nie wierzyła w dobre intencje brunetki. Już raz jej uwierzyła i jeśli chodziło o Adama była ostrożna, wystarczająco się przez nią nacierpiał.



***


Melanie POV


Cały wieczór płakałam. Nawet nie wiem kiedy usnęłam na podłodze wśród chusteczek do nosa i obok butelki wina. On mnie nienawidzi. Po prostu nienawidzi. Ułożył sobie życie, a w nim nie ma na mnie miejsca. I to tak cholernie boli. Ta świadomość, że radzi sobie beze mnie, że nie tęskni za mną tak jak ja za nim. 


flashback

Weszłam do klubu, a smród papierosów, alkoholu i spoconych ludzi, sprawił, że na mojej twarzy pojawił się grymas. Nie lubiłam takich miejsc, ale wiedziałam, że właśnie tu się odbywa impreza z okazji rozpoczęcia ich trasy koncertowej. Szczerze mówiąc nie wiem na co liczę...Na to, że wyjdzie ze mną i chociaż spokojnie będziemy mogli pogadać? 
- Cześć mała. Postawić Ci drinka? - ledwo zrozumiałam bełkot jakiegoś bruneta, który potykał się o własne nogi. Pokręciłam tylko niepewnie głową, ale raczej nie należał do tych, którzy odpuszczają od razu. 
- Weź ją zostaw, bo jeszcze Cię zrobi w chuja jak mnie. - na ramieniu nieznajomego pojawił się Adam. Pijany Adam. Zaśmiał się głośno i pociągnął spory łyk z butelki piwa, którą trzymał w ręku, a po moich plecach przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Nie lubiłam, gdy pił. Nie bywał agresywny, przynajmniej nie w stosunku do mnie, jednak naprawdę mówił wtedy rzeczy, których nigdy nie chciałabym usłyszeć. 
- Adam... 
- Melanie... - powiedział i parsknął śmiechem kręcąc przy tym głową. A ja tylko się przyglądałam. Chciałam się nasycić tym widokiem, nawet jeśli nie był w stanie, to był pierwszy raz, gdy stałam tak blisko niego po takim czasie. Pierwszy raz, gdy wymówił moje imię od kiedy mnie nawyklinał.  
- Chodź stary. Co ty robisz?! - znikąd pojawił się James patrząc na mnie morderczym wzrokiem i próbując pociągnąć za ramię Adama, który zaczął mu się wyrywać. I pomyśleć, że kiedyś przyjaźniłam się z Wilde'm. Był naprawdę genialnym przyjacielem, więc nie mam się co dziwić, że próbuje odciągnąć szatyna ode mnie. Sama pewnie na jego miejscu zrobiłabym to samo. 
- Spierdalaj. Nie widzisz, że rozmawiam? - wybełkotał Hendrix odpychając od siebie blondyna, który podniósł ręce w geście poddania i odszedł gdzieś wgłąb tłumu. - O czym chcesz niby r-r-rozmawiać? 
- Adam...Dobrze wiesz, że tego nie chciałam... 
- Ha! Nie chciałaś. Dobre sobie. - zaśmiał się głośno patrząc na mnie kpiąco. Naprawdę wolałabym nigdy nie poznać jego tej strony. Wolałabym żyć w czasach liceum, na początku naszej znajomości, zanim dowiedziałam się o jego wszystkich demonach wyżerających jego duszę. - Nawet nie chce słuchać tych pierdół. To wszystko się w pale nie mieści. Dałem Ci wszystko! Wszystko. A ty? - zaśmiał się pod nosem wbijając swoje oczy w moją twarz, a jego tęczówki pociemniały. Zawsze tak miał, gdy był zły, zawsze też mnie to przerażało. - Wszystko zniszczyłaś. Nawet nie wiesz jak Cię za to nienawidzę. Byłem takim idiotą. - zrobiłam krok do tyłu, gdy się zaczął do mnie przybliżać, jednak poczułam jak uderzam plecami o ścianę. Rozejrzałam się gorączkowo wokół nas, ale ludzie byli zajęci sobą. Tańczyli, śmiali się, pili. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Zacisnęłam mocno powieki szykując się na cios. Może nigdy na mnie nie podniósł ręki, jednak...Teraz nie wiedziałam czego się spodziewać. - Tak cholernie Cię nienawidzę... - nie wiem ile to trwało, ale za chwile poczułam usta Adama, które mocno przylgnęły do moich warg. Tak bardzo tęskniłam za nim, za jego ustami, głosem, za wszystkim co z nim związane. Nasze usta ruszały się powolnie chcąc przedłużyć pocałunek, który musiał się skończyć. Wcześniej czy później. - Nigdy Ci tego nie wybaczę. - warknął tylko i zostawił mnie. Samą, kompletnie zdezorientowaną, ze łzami spływającymi po policzkach. Nie odwrócił się, nie powiedział, że mnie kocha, że jest dla nas szansa. Po prostu go straciłam. 


end of flashback



Najgorsze w tym wszystkim było to, że po naszym rozstaniu nie poznawałam Adama. Pokazał się od strony, której nigdy nie widziałam. Mimo, że w jego oczach widziałam tylko ból, on na nowo przybierał postawę człowieka, którego nic nie rusza. Ani moje tłumaczenia, ani łzy. Po prostu nic. Stał zawsze z zaciętą miną, albo z kpiącym uśmieszkiem i zdawało mi się, że w ogóle mnie nie słuchał. Po prostu nie chciał mnie słuchać. Myślałam, że rozmowa z Frances da mi jakąś nadzieję. Nadzieję, że to co piszą w gazetach na temat jego związku z Jenny to same kłamstwa. Jednak nie. Był szczęśliwy z nią. W sumie nie miałam co się do niej porównywać. Szczupła blondynka, o nogach, które sięgały wręcz nieba, a ja? Niska brunetka z krągłościami i zmęczoną twarzą. Przetarłam swoje załzawione oczy i pociągnęłam nosem, chwytając pilota i włączając telewizor.
- Ostatnia wasza piosenka ma podobno głębsze znaczenie. Szczególnie dla Ciebie jako autora tekstu. - na ekranie pojawiła się Ellen oraz Adam siedzący na kanapie z grymasem na twarzy.
- Yep...To jest coś nowego. W sumie to pierwszy utwór, który jest tylko mój. Chłopaki tam nie grają, dlatego zgodnie ustaliliśmy, że nie będzie on grywany na koncertach, a na płycie będzie tylko bonusem.
- Słyszałam ją. Powiem Ci, że od razu widziałam, że włożyłeś w to serce. - kobieta popatrzyła na niego z pokrzepiającym uśmiechem nie zrażając się tym, że Adam posłał jej spojrzenie mówiące "a w inne utwory nie wkładam serca?". - Czy z tą piosenką wiąże się jakaś historia?
- Możliwe, jednak raczej nie chciałbym o tym mówić. - uciął temat, a ja już dalej nie słuchałam. Zerwałam się z podłogi i biegiem ruszyłam do komputera. Można było mnie nazwać psychofanką. Serio. Śledziłam każdy ruch Adama, wszystko. Chciałam o nim wiedzieć jak najwięcej, wiedzieć co się z nim dzieje, jak się czuje, czy jest szczęśliwy, bo w sumie na tym zależało mi najbardziej. Wpisałam w google "nowa piosenka Willamette Stone" i nacisnęłam enter i od razu wyskoczyło kilkanaście wyników. Niektóre stare, niektóre dopiero co zapowiadały nowe piosenki. Jest. 




Adam POV




- I went from solid steel, to broken glass... - mruczałem pod nosem słowa piosenki przeciągając palcami po strunach. Nie wiem czy to był dobry pomysł z tą piosenką. Jednak leżała napisana już tyle czasu, że musiałem się tym z kimś podzielić. 
- Słyszałam o tym co było na imprezie... - Jenny usiadła koło mnie kładąc dłoń na moim ramieniu. Może i wyglądała na sukę, ale była naprawdę genialną dziewczyną. Moją dziewczyną. Jednak wszystko polegało na tym, że to nasi menadżerowie nas "połączyli". Ona rozwijała swoją karierę, my też, a związek tylko podsycał zainteresowanie wokół nas. Nie chciałem się na to godzić, jednak według menadżera i chłopaków, to wokół mnie, jako wokalisty, jest największy szum, więc trzeba to wykorzystać. - Może powinieneś z nią porozmawiać? 
- Przestań. To bez sensu. Minęło już tyle czasu...Po za tym wątpię czy umiałbym jej wybaczyć. - westchnąłem odkładając gitarę i przenosząc wzrok na blondynkę. Zdziwiło mnie to, że w sumie namawia mnie do rozmowy z Melanie. Przecież, gdybym, nie daj Boże, pogodził się z nią, to nasz "związek" by się rozpadł. 
- Dałbyś radę, nie warto chować urazy całe życie, szczególnie, że oboje wiemy, że za nią tęsknisz. - zmierzwiła moje włosy, a ja posłałem jej groźne spojrzenie. Wiedziała, że tego nienawidzę. W ogóle może mógłbym się w niej zakochać. Tylko ta cholerna Mel. - Nawet taki ideał jak ja nie umie Ci jej zastąpić. - zaśmiała się i przewróciła oczami. Śmieszne jest to, że Jenny tak naprawdę ma niską samoocenę, jej ubiór, zachowanie są po prostu wykreowane na potrzeby zespołu. Nie rozumiem czemu się na to godzi.


***

- Możliwe, jednak raczej nie chciałbym o tym mówić. - nie chciałem rozmawiać o piosence, samo to, że zgodziłem się na wywiad było cudem. Potarłem nerwowo dłonie patrząc błagalnie na Ellen. Wiedziałem, że to tylko jej praca i większość pytań też jest jej narzucona z góry. Uśmiechnęła się pokrzepiająco i zerknęła w swoją kartkę jakby czegoś szukała.
- Twój związek z Jenny...Jak wam się układa? Ostatnio pojawiło się dużo opinii, że zmierzacie ku końcu waszej znajomości...
- Jenny jest genialną dziewczyną i byłbym naprawdę głupi, gdybym pozwolił jej odejść. - dlaczego, gdy to mówiłem czułem jakbym mówił o Melanie, a nie o blondynce? Nawet nie chciałem się nad tym zastanawiać. Może i mnie zraniła, jednak...Może rzeczywiście głupio zrobiłem rezygnując z niej całkowicie? W końcu sporo czasu byliśmy razem i nigdy jej nie przyłapałem na kłamstwie. Tylko ten jeden, jedyny raz, który wszystko przekreślił. Spuściłem głowę i nerwowo zagryzłem policzek od środka. Nie powinienem o niej myśleć, a już szczególnie, gdy jestem na wizji.
- Coś się dzieje? - uniosłem wzrok na Ellen, która wypowiedziała słowa z troską w głosie. Pokręciłem tylko przecząco głową, musiałem dotrwać do końca, dlatego przybrałem kamienny wyraz twarzy i dalej odpowiadałem na pytania.



Melanie POV


Sięgnęłam po telefon i nerwowo przeglądałam listę kontaktów. Gdzie się podziali wszyscy moi znajomi? Nagle po tym całym incydencie zostałam sama. No dobra, gdy tylko zaczęłam spotykać się z Adamem, większość moich znajomych "z wyższych sfer" kopnęło mnie w dupę. Po prostu nie rozumieli jak mogę być z, cytując, biedakiem. Tylko, że ja byłam inna. A przynajmniej od nich. Nigdy nie zależało mi na pieniądzach, a Adama pokochałam zanim zyskał sławę. Cieszyłam się z tego oczywiście. W końcu spełniał swoje marzenia. Przewijając kontakty zatrzymałam się na Adamie. Wiedziałam, że na pewno zmienił numer. W końcu teraz to wszystko musiało być ściśle tajne. Jeszcze by jakaś fanka, nie daj Boże, zadzwoniła. Pod powiekami ponownie zapiekły mnie łzy, których nie umiałam powstrzymywać. Chciałam po prostu się do niego przytulić. Żeby powiedział mi tak jak kiedyś, że nic nas nie rozdzieli, wszystko przetrwamy, ale go tu nie ma i nic takiego nie powie. Sądząc po słowach piosenki była ona kierowana do mnie. I bolało mnie to. Nie chciał mnie po prostu znać. Tylko nie brał jednego pod uwagę - że ja nie umiem bez niego żyć. Zaczęłam pisać wiadomość...Przecież i tak jej nie dostanie, nie? A czułam, że choć w jakiś sposób sobie ulżę. Niby do niego wyślę, ale przecież i tak jej nie dostanie, chociaż moja podświadomość będzie myślała inaczej. Nawet Frances mówiła mi, że ma nowy telefon, tylko za żadne skarby nie chciała mi go dać. W końcu, dać wariatce numer? Jeszcze bym go szykanowała.

\


***

No i mamy rozdział drugi! Zmieniłam nazwisko Adama, w sumie lepiej teraz niż żebym później brała się za te zmiany. ;) No i co myślicie o rozdziale? W sumie chętnie posłucham waszych pomysłów! Więc liczę na opinię i jak wy wyobrażacie sobie dalszy ciąg opowiadania <3


TRZYMAĆ ZA MNIE KCIUKI NA MATURACH!

piątek, 24 kwietnia 2015

[1] Requiem for soul

Poczułem promienie słoneczne, które raziły mnie po twarzy. Cholerne żaluzję, dlaczego ich zasłoniłem? A no tak, byłem zbyt pijany, żeby o tym pomyśleć. Otworzyłem najpierw jedno oko, potem drugie i zamrugałem kilkakrotnie starając się jakoś przyzwyczaić do światła. To tylko jeden dzień, jeden dwudziestoczterogodzinny odcinek czasu, który musisz przetrwać. Przetarłem dłońmi twarz próbując sobie przypomnieć jakieś fakty z poprzedniego wieczoru, ale nic. Pustka. Cholerny alkohol.
- Stary, ale wczoraj zabalowałeś! - drzwi otworzyły się z hukiem, a do mojego pokoju wleciał Mike. Nienawidzę go, a tym bardziej jego donośnego głosu, który dla mojego skacowanego łba był dzisiaj zabójczy.
- Zamknij mordę. - warknąłem zakrywając głowę poduszką. Nienawidzę go, nienawidzę swojego życia, nienawidzę kaca. Nawet nie chciałem słuchać jego opowieści na temat wczorajszej imprezy po koncercie. Pewnie było jak zwykle - butelka wódki wypita w ekspresowym tempie, a ja jak zwykle tracę nad sobą kontrolę i robię rzeczy, o których naprawdę nie chciałbym pamiętać.
- Powiem Ci, że niezłą laskę sobie przygruchałeś. Tylko James chyba był zazdrosny, bo patrzył na was tak krzywo. - zaraz...Co? Jaka brunetka? Jakie przygruchałeś? Zmarszczyłem brwi, ale nic nie mogłem sobie przypomnieć.
- Tutaj jesteś! Weź go zostaw. - super, jeszcze tylko brakowało mi tu Cassie. Podobno to ja jestem starszym bratem, ale od kiedy nasza kariera nabrała tempa, to ona stała się nadopiekuńcza, ale podejrzewam, że po prostu chciała się zemścić nade mną za to, że przez całe liceum nie pozwalałem jej się widywać z Mike'm. No sorry, znam mojego przyjaciela, a jakoś wtedy nie wydawał się idealnym kandydatem na faceta mojej małej siostry. Zresztą żadnej nie był według mnie dla niej odpowiedni, a już tym bardziej któryś z moich znajomych.


flashback


- Czy ty masz mnie naprawdę za idiotkę Adam? - pobiegłem na górę zatrzaskując za sobą drzwi, żeby moja matka przypadkiem nie zdążyła wejść i dalej prawić mi kazania. Nie obchodziłem ją przez kilkanaście lat, a teraz nagle poczuł instynkt macierzyński i będzie mi prawić morały. Niedoczekanie. - Otwórz te cholerne drzwi! Musimy porozmawiać! 
Czułem jak mój żołądek miałby zaraz wybuchnąć od bólu, który rozsadzał mnie od środka. Ręce mi drżały, a twarz była wygięta w grymasie, blada, spocona. Wyjąłem z kieszeni małą buteleczkę z płynem i gorączkowo przewracałem rzeczy na biurku szukając jednego - strzykawki. 
- Adamie Hendrix! Natychmiast otwieraj! - krzykom i waleniom w drzwi nie było końca. Mogłaby się w końcu odpierdolić. Zacisnąłem opaskę na moim ramieniu pomagając sobie zębami przy okazji obserwując jak moje żyły stają się bardziej widoczne. Jeszcze chwila, minuta, sekunda. Wbiłem igłę. Cholera! Z moich ust wydobyło się głośne warknięcie. Kurwa nie trafiłem. Spokojnie Adam, nie zawsze się udaje za pierwszym razem. Wbiłem ponownie i nacisnąłem tłok strzykawki, a potem poczułem tylko gorąco rozprzestrzeniające się w mojej ręce. Przymknąłem oczy i rozkoszowałem się błogim stanem, który mnie ogarniał. Matka przestała denerwować, brzuch przestał dokuczać. Spojrzałem na swoją siną rękę, za chwile zdejmując opaskę z ramienia. Chcąc, nie chcąc musiałem ją w końcu wpuścić. Rzuciłem strzykawkę pod łóżko, założyłem na siebie bluzę, a sam obejrzałem się w ekranie telefonu. Oprócz źrenic raczej nic nie było we mnie podejrzanego. 
- Adam! Jeśli zaraz nie otworzysz, to poproszę Lucasa i wyważy te drzwi! - otworzyłem drzwi i ledwo się odchyliłem, bo inaczej bym oberwał pięścią od niej. Uśmiechnąłem się kpiąco patrząc na jej czerwoną od złości twarz. Była taka żałosna. 
- Coś chciałaś mamusiu? -  powiedziałem z ironią, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Była idiotką, niczego się nie domyślała. Zresztą zawsze jej przeszkadzałem. Pewnie, gdyby nie to, że dziadek po raz kolejny wywalił mnie z domu, a nadal nie byłem pełnoletni, to bym nawet nie przekroczył progu tego domu. 
- Nie rób ze mnie idiotki! Znowu nie byłeś w tej cholernej szkole! Gdzie to masz?! - pchnęła mnie i wparowała do pomieszczenia rozglądając się po każdym kącie. Ja z niej robiłem idiotkę? To ona mnie chyba miała za jakiegoś frajera, który trzyma wszystko na wierzchu. Właśnie w pod tym względem różniłem się od mojej matki. Ona była prostym człowiekiem, który nic nie wiedział o życiu i myślała tylko o własnej dupie. Za to jej właśnie tak nienawidziłem. - Masz szczęście. Ale jeszcze raz usłyszę, że masz jakieś nieobecności, to wzywam policję i wpierdolą Cię do więzienia. Mam już Ciebie dosyć Ty chory popaprańcu. 


end of flashback



Dobra, nadopiekuńczość mojej siostry nie byłą związana tylko tym, że sława trochę nas przeciążała. Zawsze sprawiałem kłopoty. Byłem nadpobudliwy, zamknięty w sobie i robiłem różne głupie rzeczy. I chyba dlatego moi rodzice po prostu przestali się do mnie przyznawać. Nie dostawałem od nich kartki na święta, nie dzwonili i nie pytali się jak czuję. Bolało mnie to, zawsze bolała mnie znieczulica i obojętność ludzi. Wolałem nienawiść niż brak jakiegokolwiek uczucia. Jednak na moich rodzicieli nie mogłem nigdy liczyć. Przynajmniej Cass miała z nimi dobry kontakt. Chociaż ona była przez nich dobrze traktowana. Zawsze była ukochaną córeczką. Trochę jej zazdrościłem. Miała lepsze zabawki, lepsze ubrania, przytulana, wychuchana. A ja? Ja byłem pozostawiony sam sobie. Miałem chujowe dzieciństwo i start w dorosłe życie, ale o to mogłem obwiniać tylko siebie i swoich rodziców. 
- Mogę wiedzieć coś ty wczoraj robił? - podniosłem wzrok i zobaczyłem James'a, który znikąd pojawił się na brzegu mojego łóżka. Zmarszczyłem brwi nie odzywając się i sięgnąłem na szafkę, koło łóżka, biorąc papierosy i zapalając jednego. 
- O co Ci chodzi? - mruknąłem zaciągając się petem i powoli wypuszczając dym z płuc. Z ust chłopaka wydobyło się kpiące parsknięcie. Kto jak kto, ale James nigdy mnie nie oszczędzał, nie zostawiał na mnie suchej nitki. I był moim najlepszym przyjacielem, właśnie te cechy w nim ceniłem. Nie litował się nade mną, po prostu, gdy coś mu nie pasowało, to mi mówił i nieważne było to, czy jego słowa mnie zranią czy nie. 
- Może o to, że robiłeś wczoraj maślane oczy do tej suki. Nie wierzę, że jesteś tak głupi. Nie pamiętasz co Ci zrobiła? - popatrzyłem na niego jak na idiotę, kompletnie nie wiedząc o co mu chodzi. To znaczy, po jego ładnym określeniu, wiedziałem, że chodzi mu o Melanie, ale...przecież widziałem ją tylko ze sceny. - Była na imprezie, a ty jak zakochany szczeniak latałeś za nią. A gdy chciałem Cię od niej odciągnąć to wydarłeś na mnie mordę. Mało Ci było tego co zrobiła?
I wszystkie wspomnienia uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą. Nie chciałem jej pamiętać. Była jednocześnie najlepszą i najgorszą rzeczą, która spotkała mnie w życiu. Już nawet tułaczka po rodzinie i ciągły brak zainteresowania nie przysparzał mi takiego bólu. Wtedy byłem po prostu zdany sam na siebie, a przy niej...Liczyła się tylko ona. Spuściłem tylko wzrok i zacisnąłem wargi w cienką linię. W sumie to cieszyłem się, że nie pamiętałem poprzedniej nocy. Przynajmniej nie musiałem pamiętać jej zimnych oczu i złośliwego uśmiechu. Czegoś, co odkryłem dopiero pod koniec naszego związku. Na początku wydawała się naprawdę miłą dziewczyną. W sumie możliwe, że wtedy wcale nie udawała i nią była. Nie wiem i chyba nigdy się nie dowiem. Ostatni raz zaciągnąłem się papierosem i wrzuciłem go do szklanki z wodą. Dopiero co zaczął się nowy dzień, a ja już miałem go dosyć. Najlepiej chyba by było, gdybym usnął i się nigdy nie obudził. Wtedy wszystko by się skończyło. Co za błoga radość. 
- Wiesz, że chce dla Ciebie dobrze stary. Nie chce, żebyś ponownie przeżywał to samo. Nie warto. Nie dla niej. - poklepał mnie po ramieniu i wstał ruszając zapewne do swojego hotelowego pokoju.  Chciałbym, żeby to było tak proste jak mówił. Po prostu wyrzucić ją z pamięci i wymazać wszelkie uczucia, które do niej żywiłem. Ale nie umiałem. To ona sprawiła, że w jakiś sposób stałem się lepszym człowiekiem, tylko potem to wszystko zniszczyła. 


flashback


- Nienawidzę tej baby, chyba na siłę próbuje uprzykrzyć mi życie. - jęknęła Frances, gdy tylko wychodziliśmy po skończonych lekcjach. Dobra, tutaj przyznam jej racje - mieliśmy okropną nauczycielkę od historii, a już szczególnie uwzięła się na Fasolę, która nie miała kompletnie o tym przedmiocie pojęcia. No cóż...W duchu cieszyłem się, że to nie na mnie trafiło. 
- Daj spokój, niedługo koniec roku. - o ile oczywiście dopuszczą ją do egzaminów. Zresztą, mi też groziło poprawianie klasy. Przecież nie każdy musi mieć talent do nauki, prawda? Bo my na pewno go nie posiadaliśmy. Gdyby nie jakieś marne dwóje czy trójki, to w dzienniku pod moim numerem, byłby piękny rząd jedynek. Jakoś szczególnie się tym nie przejmowałem. 
- Przepraszam...Mógłbyś mi pomóc? - odwróciłem się w stronę dziewczęcego głosu i kogo zobaczyłem? Melanie, jedną z tych "pięknych i bogatych". Naprawdę miałem ochotę ją posłać z kwitkiem i mieć święty spokój, no, ale Frances musiała dorzucić swoje trzy grosze pytając o co chodzi. - Samochód nie chce mi odpalić, a słyszałam, że Adam się trochę na tym zna...
Teraz to byłem w lekkim szoku. Ona wiedziała jak się nazywam? Wow. Coś nowego. Niechętnie, pchnięty przez przyjaciółkę, podszedłem do samochodu brunetki i otworzyłem maskę. Sam chciałbym mieć takie cacko. Jeden z nowszych modeli mercedesa, który pewnie kosztował kupę forsy. a mój fiat...No cóż pewnie jej ojciec za jedną pensje kupiłby sobie takich cztery. 
- Nie wiem co się stało...Rano normalnie jeździł, a teraz nie mogę ruszyć. - wzruszyła ramionami, nie miałem zamiaru z nią nawiązywać rozmowy. Wiedziałem, że to tylko gra. Być miłym dla podlotka, a potem śmiać się razem z paczką z Hendrixa. Nie byłem aż tak naiwny. Wkręciłem świecę, która to wszystko spowodowała i zatrzasnąłem maskę samochodu.
- Gotowe, powinno działać. - burknąłem, a Frances, która stała koło mnie walnęła mnie łokciem w żebra. Co niby takiego zrobiłem? Przecież byłem miły, pomocny. Tym bardziej, że gdyby nie ona, to nawet bym nie zajrzał co tam się stało.
- Dziękuję. - czy ona się zmieszała? Chyba trochę, bo przez dłuższą chwilę patrzyła na mnie jakby czekała, aż coś powiem. Miałem już jednak do "nich" uprzedzenia. Rzuciłem krótkie "cześć" i ruszyłem w stronę fiata nie odwracając się za siebie.
- Czy ty jesteś głupi? Nie widziałeś jak ona na Ciebie patrzy? Mogłeś chociaż spróbować jakoś nawiązać znajomość! - Witamy Frances pani Dobra Rada. Zachowywała się jakby nie było przepaści między mną a Melanie, czy jak tam ona miała. A ona jeszcze chce mi prawić morały.
- Daj spokój. Szukała taniej siły roboczej, to ją znalazła. Kazałaś mi, to pomogłem, więcej niech ode mnie nie wymaga. 


end of flashback



Naprawdę ją kochałem. W sumie to pewnie nadal kocham, tylko nie chce przyjąć tego do wiadomości. Byłem ćpunem, idiotą i dzieckiem, a ona mnie z tego wszystkiego wyciągnęła. I nawet jeśli teraz mam do niej żal i powinienem nie chcieć jej znać, to jestem jej wdzięczny. Gdyby nie ona nie byłoby mnie już na tym świecie, nawet jeśli historia zatoczyła koło po naszym rozstaniu. Znowu zacząłem ćpać, imprezować, jednak potem przyszły dwa odwyki i teraz jakoś się trzymałem. Od dwóch tygodni, bo właśnie wtedy ostatni raz byłem w klinice odwykowej. Nie jest łatwo. Za każdym razem, gdy jest źle czy moje ciało, kierowane autosugestią, zaczyna boleć, mam ochotę sobie ulżyć narkotykami. Tylko wtedy zaprzepaściłbym wszystko. I tak wystarczająco pismaki miały ubawu, gdy widzieli w jakim stanie kieruję się na leczenie. Bo na czym się najlepiej zarabia? Na cierpieniu innych. Chciałbym powiedzieć, że wszystkie artykuły na ten temat to stek bzdur, ale nie mogę. Pisali o mnie jako o przegranym młodym człowieku, psychicznym ćpunie czy muzyku rockowym, który powtarza błędy poprzednich artystów. W niczym się nie mylili. Może w jednym. Nigdy nie brałem, żeby zaimponować ludziom. Zawsze miałem w tym tylko własną korzyść. I dlatego jest mi tak trudno z tego zrezygnować. Z drugiej strony, przecież nie mogę przez cały czas siedzieć w ośrodku zamkniętym odcięty od rzeczywistości. Tam jeszcze bardziej fiksuje. Nie mówiąc już o tym, że zespół odstawienia, to najgorsze piekło jakie można przeżywać. Dotąd na samo wspomnienie tamtych chwil po plecach przebiega mnie nieprzyjemny dreszcz. A ja po prostu chciałbym jednego. Chciałbym być szczęśliwy. Mieć żonę, dzieci, dom, psa i kota. Nie musiałbym być gwiazdą rocka. Nie potrzebowałbym narkotyków. Chciałbym po prostu mieć gdzie wracać i wiedzieć, że ktoś na mnie czeka. 



***


Mam nadzieję, że rozdział wam się podobał. To dopiero pierwszy rozdział, więc nie możecie oczekiwać wielu zdarzeń, ale chciałam, żebyście trochę zaznajomili się z postacią Adama i mam nadzieję, że się spodobało. ;>
Liczę na opinię, bo to naprawdę dla mnie ważne. Także możecie pisać mi nawet najgorszą prawdę, jakoś to przełknę. No i co jeszcze? Nie wiem czy w następnym tygodniu pojawi się rozdział, chociaż postaram się. Ale matura zając i może uciec. Także trzymajcie za mnie kciuki!


Matura to bzdura.