czwartek, 1 października 2015

[6] Be careful cause someone else might be pretending

- Adam! Adam! Popatrz tutaj! Co z Jenny? Dlaczego jeździsz ciągle do szpitala? Czy Cobain pójdzie do więzienia? Jak się z tym czujesz? - przepychałem się przez tłum reporterów starając się trzymać nerwy na wodzy. Nie chciałem żeby cokolwiek wiedzieli o moim życiu. Nie chciałem żeby dowiedzieli się o Melanie i o tym wszystkim. Nie w taki sposób.
- Dajcie mi spokój. - mruknąłem tylko, a mój ochroniarz pomógł się przepchnąć przez tłum dochodząc w końcu do bramy domu, w którym mieszkałem wraz z chłopakami. Całą noc znowu spędziłem w szpitalu i dopiero teraz zebrałem się żeby wrócić do domu. Musiałem wszystko przemyśleć i ułożyć sobie to na spokojnie. Byłem przerażony. Przerażony tym, że stan Mel się nie poprawiał. Przerażony tym, że "nagle" zostałem ojcem. Szybkim ruchem otworzyłem drzwi stając w przedpokoju. Nie umiałem. Nie wiem czy to wszystko zniosę. Oparłem się o ścianę i zjechałem w dół chowając twarz w dłonie.
- Wszystko w porządku? - mruknął Jason, nasz ochroniarz, a ja tylko machnąłem lekceważąco ręką. Nie miałem zamiaru mu o niczym mówić. To znaczy...Wiedziałem, że na pewno by mnie wysłuchał i poradził, ale sam musiałem najpierw to wszystko przetrawić. Za dużo na mnie spadło jak na jeden raz.
- Adam? - uniosłem głowę, a zamiast Jasona przy moim boku znalazła się Frances. Frances...A może ona o wszystkim wiedziała? Może zgrywała głupią? W końcu dzwoniła do Melanie. Musiała mieć z nią kontakt. Musiała cokolwiek wiedzieć.
- Wiedziałaś? - wbiłem w nią wzrok na co ona odskoczyła zaskoczona. - Pytam czy wiedziałaś. O Melanie. O Maddie. O tym, że zostałem kilka miesięcy temu ojcem?! - nie musiała odpowiadać. Po jest skruszonej minie wszystko było widać. Wiedziała. I nic mi nie powiedziała. - Dlaczego...
- Nie mogłam. Starałam się Adam. Naprawdę. Ale Mel zabroniła mi cokolwiek mówić. Chciała Ci sama to powiedzieć... - zaśmiałem się gorzko. Moja najlepsza przyjaciółka wszystko wiedziała i ukrywała to przede mną. Tak po prostu. To jakaś paranoja. Czy byłem jedyną osobą, która o niczym nie wiedziała? Chyba to ja powinienem być najpierw informowany.
- James też wiedział? - mruknąłem czując się...pusty? Chyba tak. Kompletnie nie wiedziałem co się działo z moim życiem, jakbym był na jawie, a to wszystko w ogóle by mnie nie dotyczyło.
- Nie. - potrząsnęła głową i spuściła wzrok. - Naprawdę nie wiesz w jakim ona była stanie. Bałam się jej cokolwiek powiedzieć. Była kompletnie rozbita, a ja nie do końca wierzyłam, że to twoje dziecko.
Pokręciłem tylko głową parskając śmiechem. Taka dobra, mała Frances. Chroniła mnie. Przed czym? Przed Melanie? To chyba ona powinna być chroniona przede mną. Może gdybym kiedykolwiek dał jej wytłumaczyć teraz byłoby inaczej. Nie liczyłem na to, że dziewczyna by mi wybaczyła, ale przynajmniej na to, że o swojej córce dowiedziałby się normalnie, a nie przypadkowo, gdy przychodzę do jej rodzinnego domu.
- Wiesz jak się teraz czuję? Jak idiota. - przeniosłem na nią wzrok czując, że się rozpadam na kawałki. - Nie dosyć, że byłem przez wszystkich oszukiwany, to jeszcze nawet się nie mogę na nią wydrzeć, bo jest do cholery nieprzytomna!
- Adam...Spokojnie...
- Ja mam być spokojny?! Dziewczyno, czy ty się słyszysz?
- Co się dzieje? - w przedpokoju pojawił się James patrząc na nas pytająco. Jeszcze jego tu brakowało. Pewnie zaraz zacznie swoje mądrości na temat testów na ojcostwo. W końcu "nigdy nie wiadomo".
- Co się stało? Zostałem ojcem, wiesz? Już kilka miesięcy temu. A dowiedziałem się o tym dopiero wczoraj. - zaśmiałem się patrząc na zszokowaną minę Wilde'a. Czyli jednak nie był niczego świadomy. Chociaż o tyle dobrze, bo gdyby wszyscy wiedzieli, to chyba bym się jeszcze gorzej czuł.
- Co? - popatrzył na mnie jakby miał co najmniej trzy głowy i przeniósł wzrok na Frances, która też nie wiedziała co ze sobą zrobić. Chyba dopadły ją wyrzuty sumienia. I bardzo dobrze. - Mam córkę. Z Mel. A twoja kochana dziewczyna o wszystkim wiedziała i nie pisnęła nawet słowem, za co dziękuje jej niezmiernie. - nie miałem już do nich słów. Wstałem i udałem się do swojego pokoju. Chciałem po prostu usnąć. Usnąć i obudzić się jak to wszystko się skończy.



flashback


- Adam? - przeniosłem wzrok na brunetkę, którą otulałem szczelnie ramieniem. Była taka piękna. Sam nie wiem jak to się stało, że wybrała właśnie mnie. Nie miałem nic do zaoferowania, a ona jednak przy mnie była. Zmieniała mnie każdego dnia dając szansę na lepsze jutro. Na przyszłość, którą namalowałaby razem ze mną. 
- Hm? - trąciłem nosem jej nos na co z jej ust wydobył się cichy chichot. Takie poranki kochałem. Gdy budziłem się, a pierwsze co widziałem to jej zaspane oczy. Była taka piękna. 
- Co byś...Co byś zrobił gdybym była w ciąży? - wyrzuciła z siebie słowa niczym strzelałaby z karabinu. Jakby bała się, że zaraz ją zganię za to, że w ogóle się odezwała. Zmarszczyłem brwi zastanawiając się nad odpowiedzią. W sumie sam nie wiedziałem. Nie nadawałem się na ojca, byłem jeszcze gówniarzem i wątpię bym umiał zająć się taką małą istotką. 
- Nie wiem. Na razie nie chciałbym mieć dziecka, może za kilka lat. Ale wiesz, że przecież nam to nie grozi. - uśmiechnąłem się, a Melanie tylko pokiwała głową i lekko się uśmiechnęła. Jakby trochę posmutniała. 


end of flashback


Cholera. Ona wiedziała już wcześniej. Tylko ja jak zwykle musiałem zachować się jak dupek. Może to co wtedy mówiłem było prawdą, ale wiadomo, że gdybym wiedział na pewno bym jej nie zostawił. Pozłościłbym się, trochę wyklinał, ale na pewno bym jej nie zostawił. Nawet wtedy, gdy dowiedziałem się, że przespała się z Dawsonem. W końcu była moją małą Mel. Choćby nie wiem ile krzywdy mi narobiła nie umiałem przestać jej kochać. Zacisnąłem powieki starając się jakoś wyrzucić te wszystkie myśli z głowy.
- Adam? - cichy szept Cassie rozniósł się po pokoju, a ja nawet nie zareagowałem. Myślałem, że blondynka po prostu wyjdzie, ale nic z tego. Nawet na chwile nie chcieli mi dać spokoju. Jak nie James, to Frances, jak nie Frances, to Mike. I tak w kółko. Łóżko ugięło się pod małym ciężarem Cass, a za chwilę poczułem jak wtula się w mój bok. - Słyszałam, że zostałam ciocią.
- Ta... - mruknąłem i zamknąłem oczy. Czy oni naprawdę nie rozumieli, że nie chciałem o tym gadać?
- Dasz sobie radę. Przecież oboje o tym wiemy. - zaśmiała się i dźgnęła mnie między żebra. Nie wiem skąd w mojej siostrze brały się te pokłady optymizmu. Zawsze była takim małym skrzatem, który potrafił wszystkim poprawić humor. - Mel się obudzi i poradzicie sobie. A sama chciałbym poznać moją bratanicę...Mam nadzieję, że nie jest do Ciebie podobna. Miałaby wtedy przesrane w życiu.
Parsknąłem śmiechem, takim szczerym, chyba pierwszy raz od kilku dni. Ciekawe w takim razie jak bardzo moja siostra miała przesrane, skoro byliśmy do siebie podobni. Chociaż zawsze musiałem odpędzać od niej chłopaków. Tylko Mike'a jakoś zostawiłem w spokoju. Oczywiście dopiero kilka miesięcy temu, bo wcześniej to mało się z nim nie biłem żeby moją siostrę zostawił w końcu w spokoju. Za chwilę jednak spoważniałem, a uśmiech znikł mi z twarzy. Za dużo tego wszystkiego, za dużo.
- Boję się, że jednak tak nie będzie. Zachowałem się jak dupek w stosunku do niej...
- Oboje wiemy jak było. Blair strasznie namieszała, a ty byłeś pewien, że Mel Cię zdradziła, wcale się Tobie nie dziwiłam, że nie chciałeś z nią gadać...Po prostu tak musiało być. Przecież wiesz, że Ci pomożemy. Tylko musisz w końcu być odpowiedzialny. Jesteś ojcem. To już nie jest zabawa, wiesz o tym doskonale. - westchnąłem ciężko i potarłem lekko jej ramię. Od kiedy ona była taka mądra? Co się stało z moją małą siostrzyczką? - A jestem więcej niż pewna, że Melanie zesra się ze szczęścia jak się obudzi, gdy zobaczy Cię z Maddie. - zaśmiała się, przytulając się do mnie mocniej, a na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech. - Trzeba czasu. Wiesz o tym...Ale ona Cię nie zostawi. Zobacz tyle czasu się nie poddawała, teraz ty walcz o nią.
Tylko czy mam wystarczająco siły...




Kilka dni później


Moje życie ograniczyło się do wizyt w szpitalu oraz w domu rodzinnym Melanie. Starałem się jakoś wkupić w łaski pani Brooks i móc odwiedzać Maddie. W końcu bądź co bądź była moją córką. Chciałem, żeby mnie znała, a nie tak jak ja swojego ojca, który miał mnie w dupie od początku. Wcale nie było łatwo, a matka dziewczyny wcale nie zamierzała mnie wyręczać, wręcz przeciwnie, miałem wrażenie, że za każdym razem, gdy coś mi się nie udaje czy Maddie płacze, ona przygląda się temu wszystkiemu ze złośliwym uśmieszkiem. Ale co ja mogłem? Zaciskałem zęby i starałem się dać z siebie wszystko. Musiałem. Dla siebie, dla Maddie, a przede wszystkim dla Melanie. Mówiąc o niej...było bez zmian. Ani lepiej ani gorzej. Nadal leżała nieprzytomna czy tam w śpiączce, a ja nic na to nie mogłem poradzić.
- Podobna do Ciebie. - Cassie uśmiechnęła się do mnie nachylając nad wózkiem, który pchałem będąc w drodze do szpitala. Cud, że jeszcze koło mnie nie było żadnego z paparazzi. Nie wiem jak to się stało. - Słodka jest. - połaskotała Maddie po brzuszku na co dziewczynka zaśmiała się.
- Taa... - mruknąłem zastanawiając się nad tym wszystkim. W sumie przez ostatnie dwa tygodnie moje życie wywróciło się do góry nogami. Wszystko się zmieniło. Żałowałem? Chyba nie...Może tylko tego, że w jakiś sposób czułem się winny tego, że Mel jest w szpitalu. Wiem, że to nie moja wina, tylko tej idiotki Jenny, ale jakoś nie mogłem zagłuszyć wyrzutów sumienia. - Wydaje mi się jednak, że bardziej przypomina Mel. Jest jej taką małą kopią. - wymusiłem uśmiech starając się skupić na rozmowie.
- Jak się w ogóle czujesz? - dziękuję Bogu za taką siostrę, naprawdę. Chyba tylko ona jakoś podtrzymywała mnie na duchu i do końca się nie załamałem. Nawet James patrzył na mnie krzywo mówiąc, żebym odpuścił, bo przecież nie możemy w tym momencie rzucić wszystkiego i przestać grać. Miała zacząć się przecież nasza trasa koncertowa. Producenci dzwonili na moją komórkę non stop, a ja po prostu żyłem w innym świecie.
- Jak widać. Jestem zmęczony. - spuściłem wzrok na dziewczynkę. Moją córkę.  Dotąd chyba się nie przyzwyczaiłem do tego wszystkiego. Moje życie to jedno wielkie gówno.


[...]


- Patrz kogo dzisiaj przyprowadziłem. - uśmiechnąłem się szeroko siadając koło łóżka Melanie. Przed chwilą byłem u lekarza, ale nie miał dla mnie niczego nowego. Coraz bardziej mnie to denerwowało. Nie mogą zacząć czegoś robić? Wydawało mi się, że po prostu nawadniają jej organizm zamiast ją leczyć, zamiast cokolwiek zrobić. - Nasz mały cud, który za Tobą tęskni.
I nic. Zero reakcji. Tylko Maddie poruszyła się niespokojnie na moich kolanach. Nie wiem na co liczyłem. W sumie to chyba na nic. Przytuliłem do siebie Maddie cmokając jej policzek, bo patrzyła takim wzrokiem na swoją mamę, że miałem wrażenie, że zaraz oboje będziemy płakać jak dzieci. Tylko jej wypadało, mi...niezbyt.
- Wiedziałam, że Cię tu znajdę. - odwróciłem głowę widząc matkę Melanie, która stała oparta o drzwi do sali. A ta tu czego? Znowu zacznie mnie umoralniać jaki to jestem okropny i w ogóle nie nadaję się na ojca? Bo już mam dosyć słuchania uwag na mój temat. Rozumiem, że nie przepadała za mną, ale mogłaby mi trochę odpuścić. - Byłam u lekarza. Powiedział mi, że siedzisz tu całymi dniami od kiedy Mel jest w szpitalu. - przytaknąłem tylko głową, odwracając wzrok od kobiety. Nie chciałem wdawać się w jakieś dyskusje. Nie miałem zamiaru się z nią kłócić. Nie tutaj, nie przy Maddie i Mel. To jest wojna między mną,  a panią Brooks. Nie było sensu nikogo więcej denerwować. - Ty ją naprawdę kochasz, co?
- O co Pani chodzi? - warknąłem ponownie przenosząc wzrok na kobietę. Jej twarz była jakby inna. Łagodniejsza. Nie marszczyła brwi tak jak zawsze i nie mrużyła oczu, wbijając we mnie wzrok bazyliszka.
- Szczerze mówiąc, byłam pewna, że od razu uciekniesz, gdy tylko dowiedziałeś się o Maddie. - westchnęła spuszczając wzrok i usiadła na krześle zaraz koło mnie. - Nigdy nie rozumiałam czemu Melanie Cię tak broni...Ale ty naprawdę ją kochasz, mimo, że to wszystko się tak potoczyło. - zacisnąłem wargi starając się powstrzymać od jakiegoś kąśliwego komentarza i spuściłem wzrok na dziewczynkę, która podgryzała mój palec. Chyba będę musiał ją niedługo nakarmić. - Ona też Cię kocha. Jeździła nawet na wasze koncerty w pobliżu...Mówiłam jej, żeby powiedziała Ci od razu o Maddie, ale ona uznała, że nie będzie Ci psuła życia. Dopiero niedawno doszła do wniosku, że Madeleine potrzebuje ojca i byłaby straszną matką, gdyby pozbawiła ją Ciebie. - westchnęła ciężko, a ja tylko przytaknąłem głową. Jestem ciekawy, czy gdyby nie wypadek nadal żyłby w nieświadomości. Bo szczerze mówiąc, wiem, że nie dałbym dojść Melanie do głosu i nadal bym unikał ją szerokim łukiem.
- Teraz to bez znaczenia. Ważne, że już będzie dobrze. - mruknąłem i naprawdę chciałem w to wierzyć. Tylko coraz trudniej było mi samego siebie utwierdzać w tym przekonaniu. Brakowało mi chęci do czegokolwiek.



***



- Witaj Adamie, od niedawna nie schodzisz z ust ludzi. - zaśmiała się dziennikarka, a ja nerwowo potarłem dłonie. Naprawdę nie chciałem być w studiu i nagrywać jakiegoś głupiego wywiadu. Traciłem tylko czas. A wiadomo o co będą pytać.

Masz im nic nie mówić o Melanie. Ani tym bardziej o Maddie. Powiedz coś w stylu, że to jakaś mała kuzynka i dlatego wychodzisz z nią na spacery. A, że do szpitala jeździsz, bo trzeba pomóc ofierze wypadku. Oni nie mogą się dowiedzieć tego wszystkiego, rozumiesz? Chyba nie zamierzasz zaprzepaścić, prawda? 


Oni nie mogą się dowiedzieć tego wszystkiego, rozumiesz? - słowa menadżera dudniły mi w uszach, a ja naprawdę nie wiedziałem co powiedzieć. Wiedziałem, że gdy powiem prawdę, to jeszcze gorzej narobię i w ogóle nie będę miał życia. O ile nadal je miałem. Nie chciałem rozgłosu, a Scooter miał rację. Nie będę miał spokoju.
- Pewnie jest Ci ciężko z faktem, że Twoja dziewczyna siedzi w areszcie...Co z jej sprawą? - uniosłem wzrok na Jane, bo tak miała na imię kobieta i zagryzłem policzek od środka. Szczerze? Gówno obchodziła mnie Jenny i jej areszt.
- Nie kontaktuję się z nią. Nie zamierzam jej bronić. Zachowała się lekkomyślnie. Sam nie jestem święty, ale nie narażam na niebezpieczeństwo innych, tylko siebie. - kobieta popatrzyła na mnie pokiwała głową, a ja miałem wrażenie, że nawet nie dotarł do niej sens moich słów. W sumie to była tępa. Czytała tylko pytania i nie lubiłem udzielać się w jej programie. O niebo lepiej było występować u Ellen, z którą chociaż można było normalnie porozmawiać.
- W takim razie...Może odpowiesz nam na pytanie, które nurtuje od kilkunastu dni cały świat... - na ekranie wyświetliło się zdjęcie moje, na którym trzymam na jednym ręku Maddie, a drugą prowadzę wózek. Przełknąłem z trudem gulę, która urosła mi w gardle i...Nie wiedziałem co powiedzieć. - Kim jest ta mała dziewczynka?
- To jest moja k... - zatrzymałem się w pół zdania i patrzyłem na zdjęcie. Byłem na nim...Szczęśliwy. Mimo podkrążonych oczu, zmęczenia na twarzy, na mojej twarzy widniał uśmiech, a Maddie swoimi małymi rączkami dotykała mojego policzka. Na samą myśl tego dnia uśmiech zagościł na mojej twarzy. Byłem z niej taki dumny, bo już sama siedziała. Widziałem jak powoli moje dziecko rośnie, uczy się nowych rzeczy. - To jest moja córka. Maddie. Śliczna, prawda? - na sali zapadło milczenie, tylko ktoś w głębi szepnął "co do kurwy?". A ja nadal uśmiechałem się sam do siebie. Nie wiem jakim byłbym ojcem, gdybym wyrzekł się własnej córki. Była moja. Kochałem ją. I nie wstydziłem się jej. Była moim małym cudem. Cudem, który ratował mnie. Tak samo jak jej mama uratowała mnie kilka lat temu.





1 komentarz: