She said
She`d take me anywhere
She`d take me anywhere
As long as she stays with me
She said
She`d take me anywhere
She`d take me anywhere
As long as I stay clean
Nie miałem na to wszystko siły. Nie mogłem stać tutaj na scenie, grać dla setek ludzi, wiedząc, że Melanie w tym momencie leży nieprzytomna podłączona do respiratora. Zamilkłem i wziąłem głęboki wdech, a moje palce nie przestały szarpać za struny. Chyba już mi został po prostu taki odruch i nawet tego nie kontrolowałem. Popatrzyłem na James'a, który uniósł brew obserwując mnie bacznie. Mój oddech był coraz cięższy, a w głowie zaczęło wirować. Nie mogłem. Nie w tym momencie. Ściągnąłem z siebie gitarę i walnąłem nią z całej siły o scenę.
- Pieprzcie się wszyscy! - wrzasnąłem i po prostu ruszyłem za kulisy zostawiając wszystkich oniemiałych. Przepchnąłem się przez pracowników hali koncertowej oraz naszego menadżera, który darł się wniebogłosy każąc mi wrócić na scenę. Nie miałem takiego zamiaru. Nie powinno mnie w ogóle tu być.
- Co ty w ogóle do cholery robisz? - menadżer szarpnął mnie za ramię, jednak tylko popatrzyłem na niego i fuknąłem kolejne przekleństwa pod nosem nie siląc się na tłumaczenia. Kim on w ogóle był żeby mi rozkazywać? Nikim. To ja z chłopakami do wszystkiego doszliśmy, a on tylko żerował na naszej sławie i brał za to ładny hajs. Wyrwałem się z jego uścisku i ruszyłem dalej stronę wyjścia. Miałem to wszystko w dupie. Biegłem ile sił w nogach, a za mną paparazzi, który uznali, że opuszczenie przeze mnie koncertu jest idealnym tematem na pierwszą stronę gazet.
flashback
- Dzisiaj świętujemy! - usłyszałem głos Melanie, która dopiero weszła do mieszkania z butelką szampana. Zaciekawiony wyjrzałem zza framugi drzwi nie wiedząc kompletnie o co chodzi. I włączyła mi się lampka w głowie. Urodziny? Rocznica? Nie wiem.
- Czemu? - niepewnie na nią popatrzyłem czekając na burę z jej strony. W końcu kiepski ze mnie chłopak, skoro zapomniałbym o jakieś ważnej dacie. Jeszcze by się obraziła i dopiero bym miał świętowanie.
- Nie wiesz? - uniosła brew i podeszła do mnie cmokając w usta, a jej wargi ułożyły się w szerokim uśmiechu. - Jesteś już pół roku czysty. To jest dopiero sukces. - oplotła mój kark ramionami i wpiła się w moje usta, a ja tylko uśmiechnąłem się przez pocałunek obejmując ją w talii. W sumie miała rację, ale mnie nie ciągnęło do narkotyków. Była ona, nie potrzebowałem więcej "szczęścia".
- To Twój pierwszy sukces pani doktor. - uśmiechnąłem się odrywając się od niej na chwilę. Od kiedy Mel poszła na studia naprawdę się bałem o nią. O nas. Byliśmy z dwóch innych światów. W liceum nie pasowaliśmy do siebie, bo mieliśmy innych znajomych, sytuację finansową. Teraz do tego dochodziło to, że ona miała świetlaną przyszłość jako lekarz, a ja? Ja byłem tylko nędznym rockman'em, który wiadomo, że w pewnym momencie albo popełni widowiskowe samobójstwo, albo będzie robił z siebie idiotę na oczach całego świata, gdy już będzie zbyt stary, żeby latać po scenie, bo po prostu już nie wypada.
- To jest nasz sukces, a w szczególności Twój Adam. - cmoknęła mnie po raz kolejny w usta, a jej uśmiech wręcz rozświetlił mi cały świat. - Ale uważam, że możemy sobie dzisiaj pozwolić na butelkę szampana i upojną noc w nagrodę, co ty na to? - mruknęła zadziornie składając muśnięcie na mojej szyi. Boże, dziękuję za taką kobietę. Byłbym naprawdę idiotą, gdyby nie przystał na tą propozycję.
end of flashback
- Melanie...Mel... - usiadłem na krześle obok jej łóżka próbując jakoś wyrównać swój oddech. Popatrzyłem na jej spokojną twarz. Oczy nadal miała zamknięte, nic się nie zmieniło. Nadal czułem się zagubiony jak nigdy przedtem. Wszystko się zmieniło. Znowu byłem tym zagubionym chłopakiem, przerażonym uczuciami, które żywiłem do tej drobnej brunetki, która być może już nigdy nie spojrzy na mnie swoimi pięknymi oczami. - Żałuję, wiesz? Tego czasu, który straciliśmy. Może, gdybym nie był takim dupkiem, to byś wiedziała jak bardzo Cię kochałem. Jak bardzo Cię nadal kocham... - ścisnąłem delikatnie jej dłoń, za chwilę słysząc chrząknięcie.
- Skoro Pan już tu jest, to chciałem przekazać rzeczy panny Brooks. Lepiej żeby miał je pan, różne rzeczy dzieją się w szpitalu i wolę nie ponosić odpowiedzialności jak coś zginie. - pokiwałem lekko głową, biorąc wszystko od lekarza. Chyba powinienem poinformować jej matkę o wszystkim, ale chyba też zbytnio nie miałem na to siły.
[...]
Wiedziałem, że nie powinienem tu być. Nie wiem w sumie co mnie podkusiło, żeby sprawić jej adres na dowodzie i przyjechać tutaj. Może potrzebowałem po prostu poczuć zapach jej perfum, który najprawdopodobniej roznosił się po całym mieszkaniu. Może jakieś wskazówki, która pozwoli mi zrozumieć co się tak naprawdę z nią działo.
Wziąłem głęboki oddech i pchnąłem drzwi, które wcześniej otworzyłem kluczami. W mieszkaniu panował mrok, było zimno, zapewne po prostu zostawiła okno otwarte na roścież, a ostatnio noce było coraz chłodniejsze. Zmrużyłem oczy, gdy światło rozświetliło pomieszczenie. Nie było tutaj nic nadzwyczajnego. Zwykły korytarz, ściany w jej ulubionych pastelowych kolorach. Pamiętam jak zawsze marzyła o kolorowym mieszkaniu. Mówiła, że to nadaje ciepło ścianom i wszystko wydaje się takie żywsze, przytulniejsze. Ruszyłem powolnie przed siebie, gdzie najprawdopodobniej znajdowała się jej sypialnia, a zarazem salon. Łóżko było niepościelone, a po podłodze walały się ubrania. To było wręcz do niej nie podobne, zawsze się śmiałem, że swoją pedanterią mnie zamęczy. Dla Melanie wszystko musiało być na swoim miejscu i chyba ten bałagan tylko utwierdził mnie w przekonaniu jak wiele mnie ominęło. Usiadłem na łóżku przejeżdżając dłonią po pościeli. Gdybym tylko mógł...Zrobiłbym naprawdę wszystko, żeby teraz była roześmiana, żeby marszczyła nos, w tak zabawny sposób jaki tylko ona umiała. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, natrafiając wzrokiem ramkę ze zdjęciem. Naszym zdjęciem. Obejmowałem ją, a na naszych twarzach widniały szerokie uśmiechy. Jeden kącik moich ust uniósł się mimowolnie do góry, gdy przejechałem palcem po jej policzku, jednak zamiast aksamitnej skóry, poczułem tylko chłód szybki. Westchnąłem ciężko zamykając oczy na chwilę, przez co mało się nie zabiłem potykając się o coś twardego. Przekląłem pod nosem podnosząc z ziemi gruby zeszyt. Dziwne.
Tak bardzo chciałabym mu tyle powiedzieć. Tyle się zmieniło od kiedy odszedł, ale nie zmieniły się moje uczucia. Chciałabym wierzyć, że on to samo czuje, ale wiem, że to tylko moje pobożne życzenie. Jest gwiazdą, ma dziewczynę, swoje życie, w którym na mnie nie ma miejsca. Gdzie w tym miejsce dla mnie? Nie ma. Nawet nie umiem mu wytłumaczyć tego, że tak naprawdę między mną, a Dawsonem nic nie zaszło. Szkoda tylko, że mi to potrafili wytłumaczyć, ale jemu już nie. A ja już naprawdę nie mam siły zabiegać o kontakt z nim. Tak bardzo bolą mnie jego słowa. Jego pusty wzrok, gdy tylko spojrzy na mnie. I ten chłód. Jakbym po prostu go nie znała, jakbyśmy byli obcymi ludźmi. Jakby nigdy nas nic nie łączyło. Gdy mnie pocałował na tej imprezie po jego koncercie czułam, że w tamtej chwili mogłabym umrzeć. I umarłam. Wewnętrznie, gdy powiedział, że mnie nienawidzi.
Zacisnąłem powieki starając się zapanować nad łzami, które gromadziły się w moich oczach. Wiem, że nie powinienem tego czytać. W ogóle nie powinienem postawić nogi w jej mieszkaniu. I co z tego? Teraz po prostu chciałem móc się do niej przytulić, żeby powiedziała mi, że wszystko będzie dobrze. A w mojej głowie buszowała myśl o tym, że mogę ją stracić. Że może już nigdy na mnie nie popatrzeć, że nigdy jej nie powiem, że już wszystko wiem, że mogę ze wszystkiego zrezygnować, żeby z nią być. Przełożyłem kilkanaście kartek wstecz.
Coraz bardziej czuję, że to wszystko nie ma sensu. Ta cała gonitwa moich myśli i uczuć, które wręcz lgną do niego. Dzisiaj mają koncert w Seattle. Jeden z większych, a mi zabrakło pieniędzy na bilet. Moja matka patrzy na mnie krzywo, gdy tylko wspominam o Adamie. Wiem, że nigdy go nie lubiła i nie rozumie tego, że nadal go kocham. Boli mnie, gdy nazywa go niedojrzałym gnojkiem. On wcale nie jest taki. Kochał mnie. Chciałabym, żeby nadal kochał. Żeby poznał Madeleine...Jest tak bardzo do niego podobna, że gdy tylko na nią patrzę serce mi się ściska z żalu....
Co do cholery?! Nie czytałem dalej, tylko rzuciłem się do jej torebki szukając pośpiesznie telefonu.Dzięki Bogu nie rozładował się, a na ekranie widniało 34 nieodebranych połączeń. Mama, mama, mama, ojciec, Frances, mama, mama...Już nawet nie zamierzałem się zastanawiać po cholerę do niej dzwoniła Frances, tylko nacisnąłem telefon jej matki i przyłożyłem urządzenie do ucha.
- Melanie?! Dziewczyno, wiesz jak ja umierałam ze strachu?! Gdzie jesteś?! - przełknąłem głośnio ślinę zastanawiając się co mam powiedzieć. - Melanie? Może coś powiesz na swoje usprawiedliwienie?
- Tu nie Melanie... - westchnąłem ciężko rozmasowując swoje skronie starając się jakoś zebrać myśli. - Tylko Adam. Możemy się spotkać? - nie chciałem jej przekazywać tak bolesnych informacji przez telefon. Wiem, że od razu by chciała jechać do szpitala. Po drugiej stronie zapadła cisza, które przerwało głośne westchnięcie.
- Przyjedź. Wiesz chyba gdzie mieszkamy. - warknęła i zakończyła połączenie. Także chyba nastała chwila prawdy.
[...]
- Powiesz mi w końcu gdzie jest moja córka? - zacisnąłem zęby starając się panować nad emocjami. Wiedziałem, że muszę jej matce wszystko wytłumaczyć, tylko sam za bardzo nie wiedziałem jak. W końcu powinienem do niej od razu zadzwonić.
- Jest...pod bardzo dobrą opieką. Miała wypadek...
- Moja córka miała wypadek, a ja się dopiero o tym teraz dowiaduję?! - jej wrzask słyszała chyba cała ulica, a ja skuliłem się w sobie. Dobra, należało mi się. - Czy ty w ogóle myślisz?! Mówiłam jej od razu, że jesteś popierdolony i nie powinna na Ciebie marnować czasu!
- Zaraz do niej pojedziemy. - zignorowałem jej słowa, mimo, że były jak sztylet wbity w serce. Wiedziałem jakie zdanie na mój temat mają jej rodzice, ale nie myślałem, żę kiedyś powiedzą mi to prosto w oczy. - Kto to jest Madeleine?
Zamilkła patrząc na mnie, a jej oczy z każdą sekundą stawały się coraz większe, co tylko mnie utwierdziło w przekonaniu, że dowiem się bardzo ciekawych rzeczy.
- Chodź. - nie patrząc na mnie ruszyła w głębię swojego wielkiego domu, w którym byłem tylko kilka razy. Nie byłem tu mile widzianym gościem, więc zazwyczaj spotykałem się z Melanie w mojej ruderze, którą wynająłem zaraz po moich dziewiętnastych urodzinach. Przystanęła przed białymi, drewnianymi drzwiami i nabrała głośno powietrza. - Tylko proszę Ciebie. Spokojnie. Ostatnio bardzo jej szkodzi stres, pewnie to przez to co się dzieje z Melanie.
Otworzyła drzwi, a moim oczom ukazał się zwykły dziecięcy pokoik. Blado różowe ściany, biały miękki dywan, a w środku łóżeczko, komoda i parę pluszaków rozrzuconych po podłodze. Stanąłem czując, że nogi wrosły mi w ziemie i nie mogłem się ruszyć. To wszystko było jak zły sen. Przecież to nie mogło się dziać naprawdę. Wszystko było takie niepojęte. Ocknąłem się po chwili widząc jak kobieta wyjmuje z łóżeczka dziecko. Najprawdopodobniej dziewczynkę, bo była ubrana w różowe śpioszki.
- To jest Madeleine. Śliczna, prawda? - podeszła do mnie, a ja mogłem dokładniej przyjrzeć się dziewczynce. Zawsze wydawało mi się, że wszystkie małe dzieci wyglądają tak samo, ale w niej widziałem lustrzane odbicie brunetki. Przytaknąłem niepewnie głową, a nogi zrobiły mi się jak z waty.
- Jak...Nie rozumiem tego wszystkiego. - słowa ledwo mi przeszły przez gardło. Kobieta jednak uśmiechnęła się lekko w moją stronę, kierując się z powrotem do salonu. Usiadła na sofie, układając dziewczynkę na swoich kolanach, a sama czekała, aż ja usiądę naprzeciwko niej.
- Mówiłam Melanie, żeby od razu Ci powiedziała. Z tego co wiem, to nawet próbowała, ale ty jak zwykle zachowywałeś się jak gnojek. - popatrzyła na mnie surowo, a ja w duchu musiałem przyznać jej rację. Zachowywałem się jak gnojek. - Wiesz chyba skąd się biorą dzieci. prawda? No więc właśnie w taki sposób spartaczyłeś mojej córce przyszłość. Chociaż...Patrząc na Maddie, a szczególnie, gdy Mel nią się zajmuje trudno mi jest mieć do Ciebie żal. Może tylko przez to jak traktujesz moją córkę.
***
Nie pamiętam jak znowu znalazłem się w szpitalu przy łóżku Melanie. Moje policzki były mokre od łez, a ja nie mogłem uporządkować swoich myśli. Pewnie, gdyby nie to, że wcześniej przeczytałem pamiętnik brunetki wypierałbym się ojcostwa, wmawiając, że to Dawson jest ojcem.
- Mam żal do Ciebie, że mi nie powiedziałaś... - westchnąłem ciężko patrząc na jej spokojną twarz. Ciągle spała, a lekarz omijał mnie szerokim łukiem, jakby po prostu nie chciał mi czegoś powiedzieć. - Ale nie dałem Ci nawet szansy...Jest śliczna. Po Tobie. - uśmiechnąłem się przez łzy, starając się zapanować nad drżeniem moich ramion. - Wiesz dobrze, że marny ze mnie będzie ojciec, dlatego obudź się. Musisz mi pomóc. Maddie musi mieć pełną rodzinę. Kochającą się. Chcę ją wychowywać z Tobą. Chcę, żeby miała lepsze życie niż my. Tylko wróć do mnie.
**************
Także macie pierwszy rozdział od takiego czasu. Blog był usunięty, z tego co pewnie niektórzy zauważyli. Ale chyba po prostu nie mogłam tak zostawić Melanie i Adama bez wyjaśnienia wszystkiego. Teraz w sumie wiadomo wiele. Nie wiem jednak czy jest sens po takim czasie kontynuować to wszystko. Przynajmniej jednak zaspokoiłam waszą ciekawość. ;)

Moim zdaniem to ma sens... a rozdział jest genialny!!!
OdpowiedzUsuńO matko jak super mam nadzieję że się obudzi i wszystko się ułoży!
OdpowiedzUsuńFajnie by było gdybyś kontynuowała ale to twoja decyzja, jeżeli jednak zrezygnujesz to fajnie gdybyś to jakoś zakończyła pozytywnie oczywiście. Powodzenia ;***